Kiedy ideologia wygrywa z ekonomią. Rozliczamy węglowe mity u Rymanowskiego
Kiedy ideologia wygrywa z ekonomią. Rozliczamy węglowe mity u Rymanowskiego Fot. Rymanowski Live (screen) / Montaż: InnPoland.pl

To świetnie, że wreszcie zaczęliśmy w Polsce na poważnie rozmawiać o energetyce. To temat kluczowy dla naszej przyszłości, od którego zależy nie tylko bezpieczeństwo państwa, ale też stan naszych portfeli i powietrze, którym oddychamy (a więc i nasze życie). Żałować można tylko jednego: że w tej debacie chłodny rachunek ekonomiczny, ekologiczny i zdrowotny, tak brutalnie rozbija się o mętną ideologię.

REKLAMA

Trudno inaczej nazwać postawę bezkrytycznych wyznawców spalania węgla – technologii przestarzałej, archaicznej i trującej – którzy z uporem godnym lepszej sprawy ignorują twarde fakty, prawa rynkowe i elementarną fizykę. Nie mówiąc już o ludzkim zdrowiu i życiu.

Węgiel u Rymanowskiego. Debata, która rozgrzała sieć

Doskonałą ilustracją tego zjawiska była niedawna głośna debata w programie KONTRA u Bogdana Rymanowskiego, gdzie starli się prof. Ziemowit Malecha oraz ekspert ds. energetyki Jakub Wiech. Ten drugi jest szczerze znienawidzony przez lobby węglowe i regularnie obrażany przez środowiska prawicowe.

Pierwszy z kolei cytowany jest (poza środowiskiem naukowym) głównie w prawicowych mediach. Rymanowski zestawił obu panów, licząc na zasięgi. I się nie przeliczył.

Starcie odbiło się szerokim echem w sieci. I dobrze, bo o przyszłości miksu energetycznego trzeba dyskutować. Problem w tym, że po raz kolejny zobaczyliśmy, jak tytuł profesorski potrafi posłużyć za parawan dla koncepcji, które po zderzeniu z faktami po prostu rozpadają się w pył.

To zresztą nie pierwsza taka konfrontacja. Wcześniej głośno było o tym, jak Czarnek zjechał wiatraki, bo nie wiało, a ekspert pokazał mu dane: 4 grosze za prąd – w tym samym momencie, gdy polityk krytykował OZE, ponad połowa polskiego prądu pochodziła z fotowoltaiki.

Prześwietlmy najgrubsze błędy i przeinaczenia, które padły z ust profesora w programie Rymanowskiego.

"Wyciąć ETS z giełdy TGE" – prawny i rynkowy absurd

Jednym z głównych postulatów profesora był pomysł, by na Towarowej Giełdzie Energii zakazać doliczania kosztów uprawnień do emisji CO2 bezpośrednio do ofert cenowych. Miałoby to rzekomo obniżyć cenę giełdową prądu i odebrać wiatrakom czy fotowoltaice "niezasłużone zyski".

To klasyczna próba leczenia gorączki przez stłuczenie termometru. Koszt ETS nie jest wirtualnym wymysłem giełdy, ale realnym zobowiązaniem finansowym spółki wytwórczej.

Gdyby elektrownia węglowa sprzedała prąd po cenie bez ETS, a na koniec roku musiała ten ETS kupić na wolnym rynku, z dnia na dzień stałaby się bankrutem. Co więcej, w ramach połączonego rynku europejskiego (Market Coupling) sztuczne zniżanie cen na polskiej giełdzie doprowadziłoby do tego, że sąsiedzi wykupiliby u nas cały prąd do zera, zostawiając Polaków z czarną dziurą w systemie.

Warto zresztą znać skalę zjawiska, o którym mowa. Prawdziwy rachunek za prąd w Polsce, gdzie węglowy mit runął z hukiem, pokazuje, że koszt uprawnień ETS dla przeciętnego gospodarstwa domowego to około 300 zł rocznie – dużo, ale nieporównywalnie mniej, niż sugeruje węglowa propaganda.

Mit "taniego polskiego węgla"

Profesor konsekwentnie buduje narrację, że polski węgiel jest naszym największym skarbem, a wyprodukowany z niego prąd byłby najtańszy na świecie, gdyby nie "zła Bruksela".

To całkowity odjazd od realiów polskich kopalń. W Polsce wydobycie węgla kamiennego z głębokości 1000 metrów pod ziemią (np. w kopalniach PGG) należy do najdroższych na świecie – średni koszt wydobycia tony węgla często przekracza 500–600 zł.

Nawet gdybyśmy wyzerowali opłatę za emisję CO2, koszt wytworzenia megawatogodziny z węgla w starych, sprawnościowo wyeksploatowanych blokach wynosi 350–450 zł/MWh. Tymczasem koszt wytworzenia energii z nowych wiatraków czy fotowoltaiki (wskaźnik LCOE) to 200–300 zł/MWh. Polski węgiel bez ETS wcale nie jest i nie będzie tańszy od OZE.

Profesor twierdził też, że polskie elektrownie świetnie dają sobie radę bez węgla z importu. "Nie spalają ani grama" – powiedział. To oczywista bzdura, w końcu sam przyznał, że to może 5, może kilka procent. Różnica między stanowczym "ani grama" a 1,5 mln ton jest jednak dość znacząca.

Gość Rymanowskiego zarzucał też badaniom nad OZE i klimatem utajnianie danych źródłowych, co dla niego, bądź co bądź naukowca, jest dramatem i tworzy tezy nieweryfikowalne. Bzdura! Wiele razy powtarzał: niech sobie to ktoś sprawdzi, to łatwo sprawdzić. I w większości przypadków sprawdzenie pokazuje, że profesor nie mówi prawdy.

Odwracanie kota ogonem, czyli jak działa Merit Order

Profesor zarzucał zielonej energetyce, że "oszukuje odbiorców", bo przez mechanizm ceny krańcowej (Merit Order) sprzedaje tanią energię ze słońca i wiatru po drogich stawkach dyktowanych przez elektrownie węglowe.

Tyle że zasada ceny krańcowej działa na wszystkich giełdach towarowych świata, od zboża po ropę. Co więcej, to właśnie wchodzące do systemu OZE – mające zerowy koszt krańcowy paliwa – wypychają z rynku najdroższe elektrownie węglowe, dzięki czemu ostateczna cena na giełdzie w słoneczne i wietrzne dni drastycznie spada.

Obarczanie OZE winą za wysokie ceny prądu to jaskrawo nielogiczne zaprzeczenie podstawowym prawom ekonomii. Realne ryzyko dla portfeli leży zresztą gdzie indziej: pisaliśmy, że według mediów ETS2 może podwyższyć ceny energii w Polsce nawet o 150 proc., i to właśnie ten system, obejmujący transport i ogrzewanie budynków, wymaga dziś twardych negocjacji, a nie giełdowych sztuczek.

Wybiórcze spojrzenie na Chiny

"A w Chinach co tydzień otwierają nową elektrownię węglową!" – to dyżurny argument wyznawców węgla, który padł i u Rymanowskiego.

To podręcznikowy przykład cherry-pickingu, czyli wybierania tylko tych faktów, które pasują do z góry przyjętej tezy, a przemilczania innych. Pekin rzeczywiście buduje bloki węglowe, ale traktuje je głównie jako elastyczną rezerwę, instalując jednocześnie więcej mocy w wiatrakach i fotowoltaice niż cała reszta globu razem wzięta.

Powoływanie się na Chiny jako dowód na "węglowy renesans", przy jednoczesnym ignorowaniu ich gigantycznego skoku w OZE, jest skrajnie nierzetelne. Mało kto pamięta przy tym, że Chińczycy mają ciekawą koncepcję przerabiania elektrowni węglowych na atomowe. Zasada ich działania jest identyczna: to wielki czajnik z turbiną. W wielu starych elektrowniach da się zastąpić kocioł reaktorem, w nowych zaś jest to już w pełni zaplanowana opcja.

Bajka o "rezerwie 1 do 1" i straszenie blackoutem

Z ust profesora padła również teza, że każdy megawat w OZE wymaga wybudowania i utrzymywania dokładnie 1 megawata mocy w starym węglu jako rezerwy "jeden do jednego", co ma czynić system dwukrotnie droższym.

Żaden nowoczesny system elektroenergetyczny nie działa w ten sposób. System wykorzystuje tak zwany efekt portfelowy – wiatraki na lądzie oraz morska energetyka wiatrowa oraz fotowoltaika wzajemnie się uzupełniają (w zimie silniej wieje, w lecie mocniej świeci słońce).

Rezerwę dla niestabilności pogodowych buduje się z elastycznych, szybko startujących turbin gazowych, magazynów bateryjnych, elektrowni szczytowo-pompowych oraz połączeń transgranicznych. Ba, nawet nasza elektrownia jądrowa będzie niezwykle elastyczna: będzie można niemal płynnie regulować jej moc. To nie jest bezwładny kloc, który będzie się jarał wielkim ogniem, póki się nie wypali.

Ten kierunek widać zresztą w rządowych planach. Atomowy poker Tuska, który licytuje atomem, ale przyszłość widzi w słońcu i wietrze, to strategia oparta na dwóch filarach naraz: stabilnym atomie i tanich źródłach odnawialnych, a nie na dogrzewaniu pięćdziesięcioletnich bloków.

Trzymanie takiego bloku węglowego w stanie ciągłego gotowania wody tylko po to, by włączył się na dwie godziny w szczycie, jest technologicznie niemożliwe i finansowo zabójcze.

Przekreślanie morskiego wiatru

Profesor spisał na straty również morską energetykę wiatrową na Bałtyku, nazywając ją finansową mrzonką i proponując w zamian... budowę nowych elektrowni węglowych.

Ignoruje przy tym dwa fundamentalne fakty. Po pierwsze, wiatr na Bałtyku pracuje ze sprawnością sięgającą 45–50 proc. w skali roku, co czyni go źródłem niemal tak stabilnym jak elektrownie konwencjonalne.

Po drugie, żaden bank ani instytucja finansowa na świecie nie udzieli już dzisiaj kredytu na budowę nowej elektrowni węglowej w Europie. Projekt offshore przyciąga tymczasem do Polski setki miliardów złotych prywatnego kapitału. I to nie z powodów ideologicznych, lecz czysto ekonomicznych.

Zresztą to już nie są plany na papierze. 10 lipca 2026 roku popłynął pierwszy polski prąd z Bałtyku – farma Baltic Power zasiliła krajowy system dzięki stacji 400 kV w Choczewie, a docelowo ma pokryć około 3 proc. zapotrzebowania kraju.

Energetyka to nie kółko rekonstrukcji historycznej

To świetnie, że taka rozmowa się odbyła. Zasmucę pewnie hejterów Jakuba Wiecha: punkt po punkcie rozłożył populistyczne wymysły na czynniki pierwsze. Ale nie miał łatwo, bo jak widać prof. Malecha staje się nowym guru lobby węglowego. Energetyka to nie teatr polityczny ani kółko rekonstrukcji historycznej. Możemy rzewnie wspominać czasy, gdy węgiel był podstawą naszej gospodarki, ale świat poszedł do przodu. I jeśli nie chcemy płacić słonych rachunków – my też powinniśmy.

Trwanie przy przestarzałej technologii w imię ideologii nie uratuje polskich kopalń, za to wyczyści portfele Polaków i do reszty zatruje nasze środowisko, niszcząc nasze zdrowie. Czas wreszcie oprzeć polską transformację na chłodnej kalkulacji, fizyce i faktach – bo to się nam opłaci.

Sonda

Czy stawianie na węgiel w XXI w. to dbanie o bezpieczeństwo, czy rynkowa ślepota?

1 odpowiedzi