Mateusz Morawiecki.
25 proc. składek ZUS dorosłych dzieci miałoby zasilać konta emerytalne ich rodziców. Pomysł ma zachęcać Polaków do posiadania dzieci, jednak dr Tomasz Lasocki ocenia, że nie zwiększy dzietności, a może też skomplikować system emerytalny. Fot. ezo/shutterstock

25 proc. składek ZUS dorosłych dzieci miałoby zasilać konta emerytalne ich rodziców. Pomysł ma zachęcać Polaków do posiadania dzieci, jednak dr Tomasz Lasocki ocenia, że nie zwiększy dzietności, a może też skomplikować system emerytalny.

REKLAMA

Propozycję tzw. emerytalnej składki rodzinnej przedstawiło stowarzyszenie "Rozwój Plus” Mateusza Morawieckiego. Zgodnie z pomysłem 25 proc. składek ZUS odprowadzanych przez dorosłe dzieci trafiałoby na indywidualne konta emerytalne ich rodziców.

Wyższa przyszła emerytura miałaby być dla rodziców finansową zachętą do posiadania dzieci. Dr Tomasz Lasocki z Politechniki Warszawskiej nie uważa jednak, że taki mechanizm może odwrócić niekorzystne trendy demograficzne.

Nie ma przede wszystkim najmniejszych dowodów naukowych, by jakakolwiek obietnica emerytalna miała gdziekolwiek na świecie zwiększyć dzietność – powiedział ekspert w rozmowie z money.pl.

Nie jest to pierwszy pomysł tego środowiska na przebudowę polityki rodzinnej. Wcześniej stowarzyszenie zaproponowało, by pensja rodzicielska 800 plus zastąpiła dotychczasowe świadczenia wypłacane na dzieci do 3. roku życia.

Emerytalna składka rodzinna. Nowy pomysł Mateusza Morawieckiego i "Rozwój Plus"

Zdaniem Lasockiego problemem jest także czas, jaki mija między decyzją o posiadaniu dziecka a możliwą korzyścią finansową. Już dziś część osób ma trudności ze zrozumieniem, jak obecne składki wpływają na wysokość ich przyszłej emerytury. Powiązanie świadczenia z zarobkami dorosłych dzieci byłoby jeszcze bardziej skomplikowane.

Ekspert zwraca też uwagę na zasadę, na której opiera się system ubezpieczeń społecznych. Każdy ubezpieczony płaci składki na swoje ubezpieczenie, a system działa dzięki solidarności międzypokoleniowej. Obecne składki finansują świadczenia wypłacane dzisiejszym emerytom. Nie są natomiast przypisywane konkretnym osobom z rodziny.

Na propozycji część osób mogłaby też stracić. Jeżeli 25 proc. składki byłoby przekazywane rodzicom, na koncie emerytalnym ubezpieczonego zostawałaby mniejsza kwota. Składki jego własnych dzieci zaczęłyby zasilać jego emeryturę dopiero po wielu latach.

Pojawia się też wiele pytań dotyczących sytuacji rodzinnych. W przypadku adopcji składka miałaby trafiać do rodziców, którzy faktycznie wychowują dziecko. Trudniej byłoby jednak rozstrzygnąć, komu należałaby się część składki, jeśli dziecko przez lata wychowywało się w różnych rodzinach albo pochodzi z rodziny patchworkowej.

Problemem byłaby również śmierć dziecka. Zgodnie z założeniami w takiej sytuacji państwo miałoby wypłacać rodzicom określoną kwotę. Prawo do części składki mogłoby też zostać odebrane po ograniczeniu lub pozbawieniu władzy rodzicielskiej albo po zerwaniu więzi z dzieckiem.

– Krótko mówiąc, tworzymy w ten sposób problemy, których po prostu nie mamy dziś – ocenił Lasocki.

Dla dzisiejszych emerytów znacznie bardziej wymierne są konkretne kwoty na koncie: waloryzacja emerytur 2027 ma być najniższa od 2022 roku, a jesienią liczy się przede wszystkim to, ile wyniesie maksymalna 14. emerytura netto i brutto.

Alternatywne rozwiązanie wyrównywania emerytur

Ekspert uważa natomiast, że warto zająć się innym problemem: niższymi świadczeniami kobiet, które przerwały pracę lub ograniczyły ją z powodu wychowywania dzieci. Tzw. kara za macierzyństwo może mieć wpływ na ich sytuację finansową po przejściu na emeryturę.

Lasocki proponuje wykorzystanie danych, które już ma ZUS. Można byłoby porównać wysokość zgromadzonego kapitału kobiet bezdzietnych, matek jednego dziecka oraz kobiet mających więcej dzieci. Na tej podstawie dałoby się oszacować różnice, a następnie odpowiednio je wyrównać.