
W biurowej codzienności nasza mowa gęstnieje od anglicyzmów. Tak zwana korporacyjna nowomowa stała się już normą, a niedawno trafiła w światło reflektorów przy okazji afery wokół Marki Polska. Czy używając takiego języka w pracy faktycznie wypadamy lepiej, czy raczej budzimy zażenowanie współpracowników? Zapytałem wieloletnią ekspertkę branży HR.
Kejsy, asumpty, ingrediencje, asapy, junik walju propozyszyn… Tego typu zwroty słyszymy na co dzień od elegancko ubranych ludzi albo czytamy w postach na LinkedInie (tam już, oczywiście, zapisane bez spolszczenia). Raz czy dwa w zdaniu – nie ma sprawy, nie oceniamy, w końcu sami mamy w nazwie InnPoland, a nie WPolsce. Są jednak osoby, które taką korpogadką potrafią nawijać godzinami.
Też macie tak, że zastanawiacie się, czy one w ogóle rozumieją, co mówią? Łatwo ulec wrażeniu, że paplają tak tylko po to, by sprawić wrażenie… inteligentniejszych? Bardziej nowoczesnych? Profesjonalnych?
Rozmawiam z Katarzyną Topczewską, pracującą od ponad dekady w branży HR (co samo w sobie jest angielskim skrótem od human resources, czyli zarządzania zasobami ludzkimi), o tym, czy pracownicy używający korporacyjnej nowomowy rzeczywiście wydają się bardziej inteligentni.
Sebastian Luc-Lepianka: Dlaczego używamy korporacyjnej nowomowy?
Katarzyna Topczewska: Powód jest bardzo prosty. To nie firmy narzucają tego typu język, ale jest to sposób pracowników na uproszczenie komunikatów, aby jak najprecyzyjniej się między sobą dogadać. Stosuje się to nie tylko w świecie korporacji, ale też np. w kręgach na siłowni.
Każde środowisko, gdzie spotykają się różne grupy społeczne, upraszcza język, aby dojść ze sobą do porozumienia. Teraz przede wszystkim używa się języka angielskiego, bo np. nasze polskie odpowiedniki są dłuższe.
Jednak w przestrzeni publicznej nie rzuca się non-stop terminami z żargonu. A wystarczy zerknąć na LinkedIn, by się przekonać, że korporacyjne zwroty są w powszechnym użyciu.
Influencerzy, stosujący zwroty z szerokiej popkultury zachodu, chcą trafić językiem do odpowiedniej grupy odbiorców, bo jest to modne. Na LinkedInie używa się tej nowomowy, aby tworzyć bardziej globalne treści.
Afera z Marką Polska i jej bohaterka, znana z notorycznego stosowania takiego słownictwa, pokazała, że zwykli ludzie nie rozumieją takiego języka. Wyśmiewają go.
Zgodzę się z tym. Obracam się ponad dekadę w środowisku dużych firm z międzynarodowym kapitałem i powiem więcej – ogromna większość pracowników sprzeciwia się tej nowomowie. To nie jest tak, że wszyscy chętnie korzystają z tego języka. Buntują się, jeśli można.
W mediach społecznościowych, np. na. Facebooku, możemy natrafić na grupy, które to środowisko traktuje żartobliwie. Widać, że ludzie są świadomi nowomowy i nie chcą jej używać na co dzień. Stykając się z nią mogą czuć nawet zażenowanie.
Może ludzie są przekonani, że używając takiego języka lepiej wypadną np. na rozmowie o pracę? Pokażą się jako osoby bardziej wykształcone albo profesjonalne?
Największym problemem – widzę go w różnych środowiskach – jest brak weryfikacji kompetencji albo traktowanie tego po macoszemu. W firmach z amerykańskim kapitałem, ze względu na ich przepisy, weryfikuje się potencjalnych kontrahentów czy kandydatów do pracy. W Polsce dużo rzadziej.
Pani zna to środowisko na wskroś. A co z ludźmi, którzy są mniej obyci? Taki język może na nich zrobić wrażenie?
Myślę, że to wręcz działa na odwrót. Język polski, angielski czy inny składa się nie tylko ze słów. Komunikacja to więcej elementów. Ja bym nadużywanie nowomowy odebrała tak, że dana osoba ma problem, aby jasno się komunikować.
Zapożyczenia powstały, aby uprościć komunikację między kilkoma grupami współpracującymi w pewnym celu. Jeśli jakaś osoba korzysta wyłącznie z tych słów, mogę mieć obawy, że nie wie, jak się wypowiedzieć.
Komunikacja powinna mieć sens i być treściwa. Zawsze znaczenie ma też kontekst i odbiorca. Jeśli rozmawiam z dzieckiem, stosuję trochę inny język niż komunikując się z osobą starszą. Jeśli mój rozmówca nie jest z mojej bańki, to przez szacunek do niego staram się używać innych sformułowań.
Gdy ktoś tego nie potrafi, można się zastanawiać, czy w ogóle zna się na danym temacie. Pokazuje, że żyje tylko w danej bańce, jest nieelastyczny. Nadużywanie żargonu obnaża braki, a nie imponuje.
Czy taki język ujawnia jeszcze coś o danej osobie, np. charakter albo osobowość?
Nie, to już zbyt skomplikowane.
A są jakieś zwroty, które od początku są czerwoną flagą?
Już sama czerwona flaga nie jest polskim stwierdzeniem (śmiech). Mamy bardzo fajne powiedzenie o zapaleniu się czerwonej lampki. W komunikacji ważne jest, co się za nią kryje. Może dana osoba próbuje kogoś obrazić? Albo próbuje się wypowiedzieć, ale nie potrafi w inny sposób?
Ja patrzę na szerszy kontekst. W komunikacji najważniejsza jest intencja, a pytanie, czy jest stosowana nowomowa, powinno zejść na drugi plan.
Więc jak ktoś rzuca zdaniami typu "rooting w kulturze sufferingu…"
Tak, to akurat jest "czerwona flaga". Gdy ktoś w kilku zdaniach nie umie użyć języka polskiego, to powinien się zastanowić, czy to nie jest obszar do poprawy.
Zobacz także
Które słowa są najbardziej nadużywane?
Jest tego bardzo dużo! Nie jestem w stanie wszystkich wymienić, ale na pewno "ASAP". Cały mój układ nerwowy reaguje już na to słowo. Nadużywane są też "FYI", "timesheet", "case", "target"... choć wszystkie mają proste, polskie odpowiedniki, z których można korzystać. "Case" – zadanie. "Timesheet" – karta czasu pracy.
To już wiem, co pani odpowie na kolejne pytanie: jakie zwroty powinno się wyrzucić z polskiego słownika korporacyjnego?
ASAP! A poza tym wszystko, co jest nadużywane.
Język ma to do siebie, że ewoluuje. To nie jest kamień leżący w miejscu od tysięcy lat. Zmiana – czy nam się podoba, czy nie – będzie postępować.
Wracając do afery wokół Marki Polska… czy gdy mówimy o wizerunku naszego kraju za granicą, to korpomowa i nadużywanie anglicyzmów powinny być dopuszczalne?
Polski język jest naszym dobrem narodowym. Czymś, czym powinniśmy się chwalić i o co powinniśmy dbać. Komunikacja skierowana do cudzoziemców z konieczności musi być sformułowana w innym języku. Jednak w promocji Polski i naszej kultury dbałabym szczególnie o to, by nie nadużywać żargonu.
Czy to, co polskie, może stać się modne?
To już się dzieje. Na TikToku szerzy się trend, w którym Amerykanie stają się "ekspertami" w kulturze słowiańskiej. Jest to dla nich nieznane i ciekawe. Na przykład osoby z USA odkrywają naszą kaszę gryczaną albo majeranek.
Nie jesteśmy jeszcze, że tak to ujmę z angielskiego, światowymi trendsetterami. I nie jest też niczym złym, że korzystamy ze wzorców innych kultur, bo możemy dowiedzieć się czegoś i poszerzać nasze horyzonty.
Używasz korporacyjnego żargonu w pracy?
... odpowiedzi






