Zszokowana kobieta i strategia Marka Polska.
Cieszmy się, że Marka Polska zmarnowała "tylko" 200 tys. zł. Dalsze plany były dużo gorsze. Fot. Roman Samborskyi/Shutterstock/Marka Polska/kompozycja własna

Nie cichną echa afery wokół planów na rozwój projektu "Marka Polska”. Choć żenujący raport "Polaków Portret Własny" wywołał falę pobłażliwego śmiechu, był to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Think tank odpowiedzialny za promocję kraju snuł znacznie bardziej ambitne, a zarazem kuriozalne wizje, które mogły doprowadzić do przepalenia setek milionów złotych na pomysły rodem z najmniej udanych inwestycji Doliny Krzemowej. Eksperci nie zostawiają na projekcie prof. Barbary Mróz-Gorgoń suchej nitki.

REKLAMA

Mogły nas czekać prawdziwe sceny grozy. Trudno wyobrazić sobie bardziej przygnębiający scenariusz niż ten, w którym promocja naszego kraju staje się pośmiewiskiem, a państwowe środki są de facto przekazywane w ręce zachodnich koncernów.

A w grę wchodziło zmarnowanie aż 670 mln zł z budżetu publicznego w latach 2026-2028.

Co znalazło się w zarysie strategii Marki Polska?

Biorąc pod uwagę jakość osławionego raportu, mam uzasadnione podejrzenia, że samą strategię również wygenerował algorytm. Wygląda to tak, jakby ktoś zapytał AI o najpopularniejsze trendy technologiczne sprzed kilku lat, zapominając dopisać w prompcie słów "skuteczne" lub "dobrze przyjęte".

W efekcie na listę trafiły koncepcje skazane na porażkę już na starcie. Rozważano wykreowanie "polskiej kolekcji cyfrowej" opartej na martwym już trendzie tokenów NFT. Wprowadzenie wirtualnych grafik na wzór niesławnych szpetnych małp i misiów polskich celebrytów w ramach oficjalnej wizytówki kraju byłoby ogromnym wizerunkowym fiaskiem. Co gorsza, pomysł ten miał rzekomo budować rozpoznawalność Polski wśród młodszych odbiorców.

Dla przypomnienia: naciąganie ludzi na rozdmuchane koszty obrazków NFT było zwykłym oszustwem. Tu i tam doprawiano je hazardem, czyli kazano sobie płacić za szansę, że trafi się ofierze rzadszy i cenniejszy paszkwil. Ich wyceny na początku były absurdalnie wysokie, ale teraz są warte grosze.

Skoro mowa o rzeczach bezwartościowych: Marka Polska miała mieć też regularne wydarzenie w Metaverse. Mimo, że nawet Mark Zuckerberg porzucił ten koncept na rzecz rozwoju AI, Polska miała organizować wirtualne spotkania i prezentacje dla zagranicznych gości. Zgaduję, że zapewne z większym entuzjazmem przyjęliby oni zaproszenie do złożenia realnej wizyty w naszym kraju.

Nie zabrakło też uwzględnienia obecnej mody na AI. Zgodnie z planem za 65–90 mln zł miał powstać "zaawansowany system targetowania" Polska Persona AI. Podejrzewam, że bazowałby on na tych samych założeniach co algorytm odpowiedzialny za raport, zakładający powszechną znajomość języka mandaryńskiego wśród Polaków.

Nie wszystkie zamierzenia Marki Polska brzmią jak kompletna katastrofa. Interaktywne, wirtualne stanowiska prezentujące polskie atrakcje na międzynarodowych targach, narzędzia rzeczywistości rozszerzonej (AR) do poznawania zabytków czy system certyfikacji rodzimych produktów to pomysły mogące mieć jakąś przyszłość. Eksperci kręcą jednak głowami na widok absurdalnie zawyżonych kosztorysów.

Marka Polska. Astronomiczne wyceny i chłodna ocena branży

Równie duże kontrowersje budzą planowane wydatki operacyjne Marki Polska. Branżowi specjaliści bezlitośnie punktują poszczególne pozycje budżetowe:

"Biuro za 70 mln? Sami eksperci 30 k tam będą pracować? Dashboard KPI? Mamy od tego ChatGPT. Repozytorium treści? ChatGPT. Social listening, mentorong? To jest 200 zł mięsiecznie. Ewaluacja efektów? No tutaj agencje zawsze robią sobie swoją marżę. Badania powtarzalne? Nie wiem co to jest i po co to komu? Po czym będą te badania powtarzać? Wytyczne narracyjne? W sensie, ChatGPT? Działania kryzysowe? No tutaj się uśmiechnę" – wylicza Wojtek Kardyś, ekspert w dziedzinie komunikacji w sieci.

Ostatnia wymieniona pozycja to kwota rzędu 15–25 mln zł na reagowanie na sytuacje kryzysowe. Prawdopodobnie miała służyć gaszeniu pożarów wizerunkowych – może na przykład takich, jak po sprzecznych komunikatach dotyczących zakończenia działalności samej fundacji?

Ironicznie i celnie całe przedsięwzięcie podsumowuje Michał Podlewski:

"Może i kasa z tak polityczną ekipą poszłaby w błoto, ale za to ile posadzek dla wujka posła, zaprzyjaźnionych kancelarii, klepania ekspertyz, raportów, analiz, prezentacji. Każdy kto kiedykolwiek robił raport czy jakąkolwiek analitykę wie – że to jest pic na wodę" – pisze Podlewski.

Ważne pytanie zadał Michał Piękoś: czemu tak ogromnym budżetem mógł zarządzać think tank o niemal zerowym dorobku?

Promocja kraju za granicą. Polska broni się sama

Łącznie Fundacja Marka Polska Think Tank zamierzała przeznaczyć na te cele od 520 do nawet 670 mln zł. Cokolwiek by nie mówić o zamieszaniu wokół działań Barbary Mróz-Gorgoń, obecny rozgłos wokół organizacji oszczędził nam znacznie większego wstydu na arenie międzynarodowej. Mamy z tego "tylko" zmarnowane 200 tys. za raport i spot promocyjny, który jest... ok.

Biorąc pod uwagę skalę marnowania publicznych środków pod pretekstem promocji kraju, plan Marki Polska był nawet bardziej "ambitny" niż to, co za rządów PiS zafundowała nam Polska Fundacja Narodowa – choć i ona przepaliła przecież niemałą fortunę.

Przy okazji afery z Marką Polska nie zapominajmy, że poprzednia władza również miała na swoim koncie wyjątkowe "kwiatki". Wystarczy wspomnieć chociażby wpadkę z wydaniem 5 milionów dolarów na promocję Polski w USA, gdzie Amerykanie mieli prowadzić dla nas profile w mediach społecznościowych. Innym głośnym "sukcesem" było kupno za 60 mln zł jacht "I love Poland", który miał służyć jako pływająca reklama naszego kraju. Podobnych afer było zresztą znacznie więcej.

Trudno pozbyć się wrażenia, że może dlatego tego typu zagrywki z bezmyślnym przerzucaniem milionów przechodzą, ponieważ nasz kraj doskonale promuje się sam. Polskie pierogi i kiełbasy podbijają światowe podniebienia, rodzime powiedzonka trafiają do zachodniej popkultury (przykładowe "nie mój cyrk, nie moje małpy" stało się prawdziwym hitem w angielskiej wersji), a moda na Polskę stale rośnie. A są kraje kochające nas od dawna, jak Japończycy!

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że w końcu znajdzie się ktoś, kto ten autentyczny potencjał potrafi właściwie i mądrze wykorzystać.