
Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski ogłosił ostatnio z dumą, że “jest działanie” w kwestii porzucanych hulajnóg. W stolicy pojawiają się nowe strefy z zakazem jazdy tym elektrycznym utrapieniem. Tym razem nie mam jednak zamiaru mruczeć pod nosem “lepiej późno, niż wcale”. Chcę raczej uderzyć pięścią w stół i zapytać: i co dalej?! Usuwanie z chodnika porzuconych byle jak hulajnóg to jak naklejanie plastra na ranę. Problem jest bowiem znacznie większy. Przykład? Ostatnio porozmawiałem z mężczyzną, który został najechany na chodniku (!) przez rozpędzonego hulajnogistę.
Sam również irytuję się na widok bezmyślnie porzuconych pojazdów. W mojej okolicy regularnie leżą odłogiem – w poprzek przejść czy tuż pod moim płotem. Często hulajnogiści porzucają swoje pojazdy na chodniku, robiąc tor przeszkód dla pieszych (ci mniej uważni albo niedowidzący mogą się z nimi zderzyć).
Jak poinformował prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, miasto wprowadziło (odrobinę) więcej zakazów ruchu oraz zawarło porozumienie z operatorami e-hulajnóg obejmujące sprzątanie rozrzuconego sprzętu. Dobrze, że cokolwiek drgnęło, ale to wciąż za mało.
Pędzą na nich wszyscy – dorośli i dzieci. A gdy hulajnogiści powodują wypadek (także na chodniku, czyli miejscu, które powinno być azylem dla pieszych) policja często rozkłada ręce lub ignoruje sprawę. Dokładnie tak było w przypadku mojego rozmówcy.
W Mirka wjechał hulajnogista. Sprawca wypadku uciekł, policja rozkłada ręce
Mirek (imię zmienione) został najechany przez hulajnogistę w piątek, 11 września br. Jechał na deskorolce ścieżką nad Wisłą – w miejscu, jak się później okazało, pozbawionym miejskiego monitoringu.
– O tym, że tam nie ma monitoringu, dowiedziałem się dopiero później. Nagle zza krzaka wyjechał na mnie gość na hulajnodze: kawał typa na jakimś dużym sprzęcie. Jak mnie przewrócił, pojechał dalej, nawet nie oglądając się za siebie. Inny facet na rowerze elektrycznym próbował go dogonić i mi pomóc, ale nie mógł go złapać. Tylko mignął na horyzoncie plecak dostawców jedzenia – opowiada poszkodowany.
Skończyło się na rutynowej kontroli w szpitalu. Na szczęście kości pozostały całe, ale kolana i dłonie były zdarte do krwi.
– Proponowałem policji, żeby go sprawdzili, ich ponoć da się namierzyć. Powiedzieli mi tylko, że nic nie znaleźli. Moim zdaniem nawet nie szukali. Teraz jak chodzę ulicami i widzę typa na hulajnodze, to odchodzę na bok albo uciekam. Jechał z taką prędkością, że rowerzysta nie mógł go dogonić, rozumiesz? – tłumaczy Mirek. Jest 30-letnim, samotnym ojcem małego dziecka. O tym, co mogło się stać z nim i dzieckiem, gdyby podczas wypadku miał mniej szczęścia, nie chce nawet myśleć.
Hulajnogiści tworzą zagrożenie dla pieszych. Nie wystarczy po prostu uważać
Z porzucanymi byle gdzie hulajnogami na wynajem miasto przynajmniej próbuje coś robić. Popyt na tani transport rośnie wraz z popularnością apek do zamawiania posiłków oraz napływem turystów. Dostawcy coraz chętniej przesiadają się na hulajnogi, bo nie muszą się przejmować ścieżkami rowerowymi. Razem z wieloma innymi hulajnogistami pędzą chodnikiem wśród pieszych.
Hulajnóg przybywa również w trakcie dużych wydarzeń, gdy fani muzyki ściągają na koncerty na PGE Narodowym – tam jednak przynajmniej blisko jest policja.
Sam byłem świadkiem wielu sytuacji w stolicy, które mogły się skończyć tragicznie. Hulajnogista przeciskający się przez tłum na przystanku autobusowym, gdy wysiadali ludzie; przejazd hulajnogą elektryczną po peronie stacji metra (co mogło skończyć się tragedią na tak dużo sposobów); dostawcy jedzenia śmigający tuż przed nogami osób siedzących na ławkach.
Oczywiście problem nie dotyczy tylko Warszawy. Gdy byłem na wakacjach w Kuźnicy, miejscowości o wąskich ulicach, w porcie bezpieczniej było chodzić jezdnią, niż drogą pieszo-rowerową, na której hulajnogiści pędzili pełną parą, obojętni na to, jak wielką krzywdę mogą zrobić człowiekowi na chodniku. W przeciwieństwie do hulajnóg, samochody poruszały się sporadycznie, z rozsądną prędkością i były widoczne z daleka.
Największe zagrożenie często stwarzają jednak nie pojazdy z wypożyczalni, lecz potężniejszy, prywatny sprzęt – cięższe maszyny z amortyzacją. To popularny prezent na komunię i każdą inną okazję, uwielbiany przez młodzież. Takie maszyny jeżdżą znacznie szybciej, a fabryczne ograniczniki prędkości okazują się fikcją. Bez trudu przekraczają przepisowy limit jazdy 20 km/h przewidziany dla tego typu pojazdów.
– W internecie są filmiki, jak zdjąć ograniczniki i blokady z hulajnóg. Nawet mój przyjaciel kupił ostatnio synowi hulajnogę i młody w trzy dni zdjął blokadę – wspomina Mirek. Natychmiast poważnieje: – Miał wypadek. Gdyby nie kask, to już by nie żył. Złamanie z kością na wierzchu i kask popękany, bo z taką prędkością zasuwał.
Zobacz także
Hulajnogi pędzące na chodnikach przeznaczonych dla pieszych. Co można zrobić z tym problemem?
Najchętniej przyklasnąłbym rozwiązaniu z Francji (jeszcze z 2019 roku), czyli całkowitemu zakazowi poruszania się hulajnogami po chodnikach. Pozostaje jeszcze kwestia, jak egzekwować prawo, aby osoby łamiące przepisy ponosiły za to odpowiedzialność – zwłaszcza gdy wyrządzają krzywdę innym.
Swój znak drogowy z zakazem jazdy hulajnogą wprowadziło Gniezno w lipcu 2026 roku, a wcześniej podobny krok podjął Sopot. To jednak wciąż tylko punktowe działania.
Tak samo wybiórcze są weekendowe akcje policji. W lipcu stołeczni policjanci w ramach akcji "e-Bike" w jeden weekend wlepili mandatów za ponad 30 tys. zł na ulicach dwóch dzielnic. Wśród zarekwirowanych hulajnóg były także takie ze zdjętym ogranicznikiem prędkości. Skontrolowano łącznie 325 użytkowników, z czego 21 było nieletnich. W weekend 12-13 września policja przeprowadziła 48 kontroli, wydała 26 pouczeń i wystawiła 7 mandatów w czterech dzielnicach. Wnioski? Pogadałbym o statystykach, gdyby policjanci kontrolowali hulajnogistów od poniedziałku do piątku i poza sezonem wakacyjnym.
Może się takiej akcji doczekam. A najlepiej, by było to normą, nie akcją.
Zdaniem Mirka rozwiązaniem problemu byłoby obowiązkowe oznakowanie hulajnóg oraz ograniczenie ich ruchu wyłącznie do ścieżek rowerowych. Zwraca uwagę na to, że kiedyś zagrożeniem dla pieszych byli rozpędzeni rowerzyści, ale z czasem sytuację udało się uspokoić. Jako osoba potrącona przez hulajnogistę nie daje się jednak przekonać obietnicom prezydenta Warszawy.
– Jak obserwuje ostatnimi czasy Rafała Trzaskowskiego, to on tylko dużo mówi. Kiedyś coś robił, a teraz tylko gada, że wszystko pozmienia – kwituje mój rozmówca.
Czy zdarzyło Ci się mieć zbyt bliskie spotkanie z hulajnogistą?
... odpowiedzi






