autostrada A4
Autostrada znosiła złote jajka. Historia najbardziej kontrowersyjnej drogi w Polsce Fot. Longfin Media / Shutterstock

Przez 30 lat była symbolem drogiego luksusu i niekończących się remontów. Autostrada A4 między Katowicami a Krakowem, zarządzana przez Stalexport, to jeden z najbardziej dochodowych, ale i kontrowersyjnych biznesów III RP. Wkrótce szlabany pójdą w górę, a kierowcy przestaną płacić.

REKLAMA

Marzec 2027 roku. Tę datę wielu kierowców z południa Polski ma zaznaczoną w kalendarzu na czerwono. To wtedy wygasa koncesja Stalexportu na eksploatację 61-kilometrowego odcinka A4. Zgodnie z zapowiedziami polityków i zmianami w prawie, trasa przejdzie w zarząd państwowej GDDKiA i stanie się bezpłatna dla aut osobowych i motocykli.

Zanim jednak to nastąpi, prywatny zarządca wyciska z inwestycji ostatnie soki, planując kolejne podwyżki. Jak to się stało, że firma handlująca stalą stała się drogowym potentatem i ile na tym zarobiła? Trzy dekady najsłynniejszej chyba polskiej autostrady podsumował Andrzej Kublik z Wyborcza.biz.

Miliard na czysto. Finansowe eldorado Stalexportu

Dla kierowców A4 to często synonim korków na bramkach, ale dla akcjonariuszy – to maszynka do robienia pieniędzy. Kiedy Stalexport (dziś pod kontrolą włoskiego Mundys, dawniej Atlantia) przejmował koncesję w 1997 r., drogą jeździło kilkanaście tysięcy aut na dobę. Dziś średni ruch to 48,3 tys. pojazdów dziennie.

Wzrost natężenia ruchu w połączeniu z regularnymi podwyżkami opłat (od kwietnia 2024 r. ma to być już 36 zł za przejazd w obie strony całym odcinkiem dla osobówek) przełożył się na gigantyczne zyski.

Statystyki są imponujące:

  • 840 mln zł – tyle Stalexport przekazał Skarbowi Państwa z tytułu podziału zysków w latach 2016–2025.
  • 752 mln zł – tyle trafiło do kieszeni akcjonariuszy w formie dywidendy w latach 2016–2024.
  • Opłaty za przejazd stanowią dziś aż 99 proc. przychodów spółki. Nic dziwnego, że informacja o końcu koncesji i konieczności zmiany strategii biznesowej wywołała niedawno 15-procentową przecenę akcji na giełdzie.

    Grzech pierworodny lat 90.

    Model koncesyjny, w którym prywatny inwestor buduje i eksploatuje drogę, narodził się w bólach transformacji ustrojowej. W połowie lat 90., gdy państwowa kasa świeciła pustkami, pomysł oddania autostrad w ręce prywatne wydawał się ratunkiem.

    Stalexport, ówczesny gigant handlu stalą, wygrał wyścig o koncesję, choć nie miał doświadczenia drogowego. Miał za to kapitał. Firma musiała wyłożyć na start ok. 130 mln zł na dostosowanie drogi (bramki, ekrany, łączność) i spłacić kredyt zaciągnięty wcześniej przez państwo w EBOiR.

    Z perspektywy czasu widać jednak wady tego rozwiązania. "Ukryte myto", konieczność dopłat z budżetu na innych odcinkach koncesyjnych czy wreszcie brak wpływu państwa na wysokość stawek na A4 to problemy, z którymi kolejne rządy mierzyły się przez lata.

    Permanentny remont za nasze pieniądze?

    Kierowcy na A4 płacą i płaczą. Przez ćwierć wieku autostrada była placem budowy. Remontowano mosty, wiadukty, odwodnienie, a ostatnio wymieniana jest nawierzchnia na całej długości. Cel? Oddać państwu drogę w stanie idealnym.

    Paradoks polega na tym, że mimo wysokich opłat, komfort podróży często bywał dyskusyjny. Słynne stały się protesty motocyklistów płacących jednogroszówkami czy narzekania na brak możliwości płacenia kartą w pierwszych latach funkcjonowania systemu.

    Co nas czeka po 2027 roku?

    Przejęcie drogi przez GDDKiA to dobra wiadomość dla portfeli kierowców (0 zł za przejazd osobówką), ale niekoniecznie dla płynności ruchu.

    1. Likwidacja bramek: Znikną punkty poboru opłat, co powinno upłynnić ruch, choć sama rozbiórka infrastruktury potrwa.
    2. e-TOLL dla ciężarówek: Transport ciężki nadal będzie płacił, ale w systemie satelitarnym.
    3. Trzeci pas: To najważniejsze wyzwanie. Wzrost ruchu po zniesieniu opłat może zakorkować dwupasmową A4. GDDKiA już przymierza się do dobudowy trzeciego pasa, co oznacza... kolejne lata utrudnień i robót drogowych.

    Epoka pierwszej prywatnej autostrady w Polsce dobiega końca. Była lekcją kapitalizmu, która kosztowała kierowców miliardy złotych, a państwo nauczyła, że strategiczna infrastruktura najlepiej czuje się w rękach publicznych.