Karol Nawrocki od miesięcy paraduje w ubraniach z hasłem "Nowrocky"
Nawrocki: Pożyczyłem koszulkę od fotografa. Tłumaczenia jak ze sprawy kawalerki Fot. x.com/NawrockiKn / Montaż: INNPoland.pl

Wiecie, że Nawrocki wcale nie reklamował ubrań marki "Nowrocky" produkowanych przez jego siostrę? Wcale. On po prostu chciał się ubrać luźniej na spotkanie ze sportowcami, ale pechowo nie wziął dresów. No po prostu zapomniał spakować walizki. Biedaczysko musiał pożyczyć koszulkę od fotografa, bo inaczej wystąpiłby nago. Rozumiecie? Od obcego w sumie faceta. Mam tylko nadzieję, że nie przepoconą.

REKLAMA

W sumie to cała sprawa byłaby śmieszna, gdyby Nawrocki powiedział "Macie rację, popełniłem błąd, przepraszam". Ale natura drobnego geszefciarza zwyciężyła i wielce szanowny pan prezydent wymyślił najgłupsze tłumaczenie, jakie mógł. Biedny pożyczył koszulkę od fotografa. Faceta o innym wzroście i wymiarach.

Brzmi jak scenariusz kiepskiej komedii, ale to oficjalne tłumaczenie głowy państwa. Czas zapytać wprost: czy ktoś tu robi z nas idiotów? Ba, czy ktoś myśli, że stara zagrywka "jak cię złapią za rękę, mów, że to nie twoja ręka" znów zadziała?

Nawrocki rzekomo nie miał swojej koszulki, więc założył cudzą

Ja tam może się nie znam, ale jak jadę gdzieś w podróż służbową, to biorę jakieś ubrania na zapas. I na ogół mieszczą się w plecaku i kabinówce, bo ja nie mam prywatno-państwowego odrzutowca do dyspozycji. A prezydent ma i ubrań nie wziął. Czy ja tylko mam takie wrażenie, czy ktoś usiłuje robić z logiki kurtyzanę?

– Akurat włożyłem tę koszulkę. Gdyby mój fotograf Mikołaj Bujak miał inną, to pewnie włożyłbym inną. Natomiast pożyczyłem od niego t-shirt i czapeczkę, bo miał akurat taką, a ja miałem stroje oficjalne. Gdyby to była inna marka, ale polska, to włożyłbym inną. Włożyłem tę – mówił prezydent Karol Nawrocki w Polsat News.

Trochę siara, że lokator Pałacu Prezydenckiego nie ma ze sobą jakiejś koszulki na zmianę. I czapki. Mam taką radę: następnym razem może pożyczy coś od funkcjonariuszy SOP, oni powinni mieć odpowiedni rozmiar i może bez jakichś obciachowych haseł i chomików.

Głowa państwa to nie influencer na Instagramie, który musi oznaczać marki w postach barterowych. Prezydent reprezentuje majestat Rzeczypospolitej, a nie rodzinny biznesik tekstylny. Wyobraźcie sobie kanclerza Niemiec, który na szczycie NATO wyskakuje w czapce z daszkiem promowanej przez szwagra. Albo prezydenta Francji w bluzie z logo winnicy wujka. Brzmi jak skecz Monty Pythona? U nas to rzeczywistość.

Poza tym to przecież to absurd z punktu widzenia bezpieczeństwa! Prezydent zakłada na siebie niesprawdzoną odzież od osoby trzeciej? SOP chyba spał, gdy prezydent wymieniał się garderobą z fotografem. Procedury? Jakie procedury? Ważne, żeby "look" się zgadzał. Może następnym razem Nawrocki pożyczy buty od przypadkowego przechodnia, bo go cisną?

Nawrocki "wyjaśnia" sprawę koszulki Nowrocky. Co tłumaczenie, to głupsze

Ale żarty na bok. Bo mamy tu, w całkowicie drobnej sprawie, kalkę z sytuacji ze słynną kawalerką pana Jerzego, którą sprytnie przejął polityk wspierany przez PiS. Pamiętacie jego tłumaczenia w sprawie mieszkania? Teraz mamy powtórkę z rozrywki, tylko zamiast metrów kwadratowych, tematem są bawełniane koszulki. Schemat ten sam: zaprzeczanie, głupie wymówki i udawanie, że deszcz pada, gdy ktoś pluje nam w twarz. Prezydent znów testuje, ile kitu jesteśmy w stanie przełknąć.

Najpierw Nawrocki milczy, potem się wypiera, potem wymyśla coraz głupsze tłumaczenia i przekonuje, że wszystko jest w porządku. A przecież wiemy, że nie jest. Natury nie oszukasz, ludzi możesz próbować. Ale i tak wszyscy wiedzą, że to gigantyczna ściema, podlewana kolejnymi wersjami łgarstw i oburzenia.

Nawrocki przez całą kampanię dumnie paradował w swoim tzw. merchu. W sieci są dosłownie tysiące jego zdjęć w ciuchach z hasłem "Nowrocky". W takich samych koszulkach, bluzach i czapeczkach zasuwał cały jego sztab, grono popleczników i małżonka. Są na to dowody w postaci tysięcy zdjęć. Problem polega na tym, że podczas kampanii te ubrania mógł po prostu kupić jego sztab. A dziś facet jest prezydentem kraju i nie wiadomo, kto czerpie korzyści ze sprzedaży tych ubranek.

I pal licho ich przaśność i wątpliwą urodę. Każdy ma prawo chodzić w czym chce. Tyle że jeśli ubrania produkuje rodzina Nawrockiego (a mamy mocne przesłanki ku temu, by tak podejrzewać), że jeśli są one promowane zdjęciami prezydenta (oficjalnymi) i nie wiemy czy on sam czerpie z tego korzyści, to taki proceder powinien być dogłębnie wyjaśniony.

Metka Adidasa gryzie Nawrockiego w kark?

"Będę sobie chodził, w czym mam ochotę, zawsze w polskiej marce" – mówi Nawrocki. I niech sobie chodzi, byle to wszystko było legitne. A nie jest, bo jeśli siostra Nawrockiego robi mu ciuchy i na tym zarabia, to coś tu nie gra. I dalej: jeśli prezydent promuje ubrania, które robi jego siostra, to coś nie gra jeszcze bardziej.

Oczywiście wszyscy doskonale wiemy, że Nawrocki mógłby się ubrać w taki sam strój, jak polscy sportowcy na igrzyskach. No ale tego nie założy, bo metka niemieckiego Adidasa za bardzo by go gryzła w kark. Normalnie dostałby od tego wysypki. No i jego elektorat zjadłby go za niemiecką metkę na napęczniałej klatce piersiowej. A może zażądałby od Niemiec całego Adidasa w ramach reparacji wojennych.

"Będę chodził w czym chcę" – mówi prezydent. I ma rację, o ile nie zamienia urzędu w słup reklamowy dla handlu prowadzonego przez krewnych. Sprawa "pożyczonej koszulki" to nie tylko modowa wpadka, to dowód na to, że mentalność drobnego kombinatora wciąż ma się w Polsce świetnie. Nawet na najwyższym szczeblu władzy.

Kiedyś nie widział problemu w ubraniach zagranicznych marek. Bez problemu znajduję jego zdjęcia w koszulkach różnych firm. A nawet film, jak ćwiczy w różowych spodenkach, dumnie prezentując swoje tatuaże na plecach.

Miał być mąż stanu, a wyszedł nam influencer promujący rodzinny stragan. Tłumaczenia prezydenta Nawrockiego w sprawie ubrań marki "Nowrocky" obrażają inteligencję wyborców. Zamiast "przepraszam", słyszymy bajki o pożyczaniu ciuchów od obsługi. Problem w tym, że te bajki mają bardzo konkretną cenę, którą płacimy wizerunkiem państwa. Bo zamiast męża stanu mamy akwizytora, który nawet nie potrafi sprawnie kłamać.