
Kiedyś podróż przez Polskę pachniała lasem i domowym obiadem w przydrożnym zajeździe. Dziś, pędząc nowymi ekspresówkami, skazani jesteśmy na hałas, beton i ustandaryzowanego kotleta w bułce z zagranicznej sieciówki. Gdzie popełniliśmy błąd, oddając polskie drogi we władanie zachodnich koncernów i odcinając lokalny biznes od kierowców?
Pamiętacie, jak powstał przewodnik Michelin? Właściciele firmy oponiarskiej, André i Édouard Michelinowie, wypuścili w 1900 roku informator dla kierowców. Pisali gdzie zatankować, gdzie naprawić auto i wreszcie – gdzie zjeść. Przy drodze, w podróży.
126 lat później w Polsce całe dziedzictwo braci Michelin poszło w diabły. Bo dziś, wybierając się w trasę, w zasadzie nie masz wyboru. Jeśli chcesz zjeść coś przy szosie, menu ogranicza się do kotleta w bułce, kurczaka w panierce albo parówki z sosem.
Po przydrożnych barach i restauracjach, jakie powstawały u nas w latach 80. i 90., zostały zarastające mchem ruiny. Nie ma tygodnia, żebym nie przeczytał o bankructwie kolejnego legendarnego lokalu.
Nostalgia za parkingiem w lesie
Coś gdzieś poszło nie tak i jestem przekonany, że to po części wina naszego państwa. Za miliardy budujemy nowe, szerokie drogi, wygodne i bezpieczne. Setki milionów ładujemy w parkingi i Miejsca Obsługi Podróżnych (MOP-y), a potem oddajemy je we władanie koncernów wyspecjalizowanych w masowym żywieniu.
Kiedy byłem mały, jeździliśmy po Polsce maluchem. Zatrzymywaliśmy się najczęściej na leśnych parkingach, gdzie było cicho, spokojnie, szumiały drzewa. Można było usiąść na ławce, zjeść kanapkę i napić się herbaty z termosu. Odpocząć.
Dziś, kiedy zjeżdżam na MOP-a przy autostradzie, już po chwili marzę o tym, żeby wrócić do samochodu. MOP-y to potworny hałas i spaliny. Zawsze na nich wieje, rzadko uświadczysz cienia. Jest albo przejmująco zimno, albo gorąco jak na patelni. Złapałem się na tym, że lubię czasem pojechać starą, lokalną trasą tylko po to, żeby zrobić sobie postój w lesie. Usłyszeć ptaki, a nie warkot silników, i wciągnąć powietrze bez spalin.
Jedzenie przy drodze. Monopol z urzędu, czyli dlaczego jemy tylko fast food
Absolutną porażką nas wszystkich jest zanikanie kultury jedzenia przy drodze. Kiedy przy autostradzie powstaje nowy parking, z góry wiadomo, co na nim będzie: stacja paliw i McDonald’s, KFC albo Burger King.
I żeby było jasne – ja nie winię tych koncernów. Dostają ofertę, stawiają bar, płacą krocie za wynajem, odprowadzają podatki i karmią miliony ludzi. Winię system. Żeby postawić restaurację przy autostradzie, trzeba wygrać państwowy przetarg. Wymagane są gigantyczne gwarancje bankowe, opłaty stałe idące w dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie, procent od obrotu, a do tego wymóg otwarcia całą dobę przez 7 dni w tygodniu.
Zobacz także
Pan Janusz czy pani Basia ze świetną, lokalną karczmą nie mają żadnych szans udźwignąć takiego ryzyka finansowego. System od początku został skrojony pod wielkich graczy z ogromnym kapitałem.
W efekcie mamy do czynienia z drogowym absurdem: budujemy drogi szybkiego ruchu, żeby oszczędzić godzinę czasu, po czym... stoimy 40 minut w gigantycznej kolejce do ekranu dotykowego w fast foodzie, bo to jedyne miejsce z jedzeniem w promieniu 50 kilometrów.
Europa potrafi inaczej
Coś tu nie gra. W innych krajach przy szybkich drogach świetnie prosperują lokalne biznesy. My w Polsce szczelnie zamknęliśmy autostrady. Za wiele z nich trzeba płacić, zjazdów jest mało. Nikt nie otworzy przydrożnej karczmy 700 metrów od węzła, bo żaden głodny kierowca tam nie zjedzie, bojąc się opłat i nadkładania drogi.
W Czechach dawno temu postawili na winiety, zjazdów jest sporo, a w każdej wsi stoi hospoda, hostinec lub krčma, gdzie można zjeść dobrze i tanio. W Hiszpanii, nie tylko przy lokalnych drogach, ale też przy szybszych autovías, łatwo znaleźć bar z lokalnym jedzeniem i skosztować tapasa. To samo we Włoszech i wielu innych krajach.
U nas, żeby zjeść obiad na ceramicznym talerzu, a nie na plastikowej tacy, musisz zaplanować trasę z aptekarską precyzją. A jak jedziesz z dziećmi i z tyłu pada hasło "tata, siku!", masz kilka minut na reakcję. I z wielkich planów kulinarnych zostają nici.
Nie wspomnę już o obcokrajowcach. Jeśli ktoś z zagranicy zechce przejechać przez Polskę tranzytem, może nie natknąć się na ani jedno miejsce z naszą narodową kuchnią. Jesteśmy tacy dumni z pierogów, schabowego i żurku, ale częściej robimy z nich maskotki na igrzyska, niż prawdziwe, dostępne jedzenie.
Polskie drogi. Odcięci za ekranem akustycznym
Trzeba to powiedzieć głośno: popełniliśmy błąd już na etapie projektowania dróg. Zamiast wydzielić miejsce na typowo polskie jedzenie (choćby na mniejszych MOP-ach, gdzie dziś stoją tylko blaszane toalety), pozwoliliśmy zawłaszczyć przestrzeń wielkim sieciom.
Na całym świecie rozwój infrastruktury podnosi jakość życia mieszkańców. W Polsce, rzekomo w imię postępu, setki lokalnych przedsiębiorców zostały odcięte od świata. Dawniej stara "siódemka" czy "gierkówka" dawała pracę całym wsiom. Dziś ci sami ludzie mogą całymi dniami oglądać pędzące za płotem auta i słuchać ich jednostajnego szumu.
Nie zarobią na nich ani grosza, bo państwo oddzieliło ich od klientów murem z ekranów akustycznych i siatek. Zyskaliśmy na prędkości, ale straciliśmy smak, wybór i lokalny koloryt.
