minister Radosław Sikorski na tle nieba z lecącym samolotem
Loty z Dubaju na koszt państwa. Sikorski wpadł w furię, do akcji wkroczył Tusk. Fot. Alexandros Michailidis / Shutterstock / SevenStorm JUHASZIMRUS / Pexels.com / Montaż: INNPoland.pl

Tym razem to nie premier wpadł w furię. Donald Tusk musiał tonować emocje wicepremiera i szefa dyplomacji, który domagał się karania finansowego za turystyczną brawurę podczas wojny USA – Iran. I choć szef rządu uciął temat specjalnej ustawy, jego słowa o "skrajnej nieodpowiedzialności" dobitnie podsumowują to, co czuje dziś większość Polaków sponsorujących cudze loty z Zatoki Perskiej.

REKLAMA

Od 28 lutego, kiedy po ataku USA i Izraela na Iran konflikt na Bliskim Wschodzie przybrał na sile, przestrzeń powietrzna w regionie stała się pułapką, a linie lotnicze masowo anulują loty. W odpowiedzi polskie państwo uruchomiło operację ewakuacyjną. Jak podało MSZ, dzięki 55 lotom sprowadzono do kraju już blisko 10 tysięcy osób. I tu pojawia się problem, który budzi potężne emocje.

Powroty turystów z Dubaju na koszt państwa. Zrzutka na cudze wakacje

Trudno dziwić się obywatelom, którzy płacąc wysokie podatki, czują się w tej sytuacji po prostu jak frajerzy. Z danych Straży Granicznej wynika, że od 1 marca – a więc już po wybuchu pełnoskalowej wojny i przy jasnych komunikatach polskiego rządu, by tam nie podróżować – na Bliski Wschód z Polski i tak wyleciało 736 osób. Zapakowali walizki, wzięli ze sobą dzieci (37 z nich miało poniżej 15 lat) i ruszyli na urlopy do Kataru, Omanu czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Kiedy niebo nad Zatoką Perską ostatecznie się zamknęło, ci sami turyści oczekują teraz, że przyleci po nich darmowy samolot wysłany przez polski rząd, za który zapłacimy my wszyscy.

Nieodpowiedzialni turyści na Bliskim Wschodzie. Sikorski nie wytrzymał, Tusk łagodzi

Szef polskiej dyplomacji, wicepremier Radosław Sikorski, stracił w tej sytuacji cierpliwość. Zaapelował w mediach społecznościowych o zmianę prawa, która pozwoliłaby obciążyć takich turystów kosztami ewakuacji na pokładzie rządowych i wojskowych maszyn. Uzasadnienie jest proste: ignorujesz oficjalne ostrzeżenia państwa przed wojną, to za bilet powrotny płać z własnej kieszeni.

Do sprawy odniósł się we wtorek Donald Tusk. Choć wielu spodziewałoby się po premierze ostrej reprymendy wobec nieodpowiedzialnych podróżników, szef rządu ostudził zapał swojego ministra.

– My nie będziemy raczej pracowali nad ustawą. Niepotrzebna jest do tego jakaś specjalna ustawa – uciął krótko Tusk, dodając, że jeśli Polacy znajdą się w dramatycznej sytuacji, państwo zawsze spróbuje im pomóc.

Premier stanął jednak w obronie "wściekłego" szefa dyplomacji, przyznając mu rację w ocenie samej sytuacji.

– Proszę zrozumieć ministra Sikorskiego. On zdarł gardło ostrzegając wszystkich od wielu miesięcy – tłumaczył premier. Wyjazd w te tereny turystyczne w obecnej sytuacji nazwał wprost "skrajną nieodpowiedzialnością".

Wojsko to nie darmowe biuro podróży

Premier, choć wykluczył wprowadzenie opłat, zaapelował do rozsądku obywateli, przypominając, że darmowa ewakuacja nie bierze się znikąd. Trzeba za nią słono zapłacić, tyle że nieodpowiedzialni podróżnicy przerzucają koszt na wszystkich Polaków.

– Na miłość Boga, nie narażajcie pieniędzy polskich podatników – grzmiał Tusk, przypominając, że w ewakuację angażowana jest polska armia, która w obliczu globalnych napięć "ma co innego do roboty, niż organizowanie transportów dla tych, którzy koniecznie muszą się pchać w teren ogarnięty wojną".

Konkluzja z tej dyplomatycznej przepychanki jest słodko-gorzka. Polskie państwo ostatecznie nie zostawi swoich obywateli na pastwę losu i nie wystawi im za to rachunku. Nawet, jeśli ich decyzja o wyjeździe na wakacje w środek strefy wojennej przeczyła zdrowemu rozsądkowi, a za luksusowe wojaże najbogatszych ostatecznie zapłaci "szary" podatnik, którego styczność z Dubajem to co najwyżej skosztowanie dubajskiej czekolady.