
Współczesny pracownik coraz rzadziej oczekuje smakołyków czy przerw na rundkę na XBoksie. Najnowsze trendy w benefitach koncentrują się na zdrowiu i czasie wolnym, który pozwala o nie zadbać. Czy pracodawcy są gotowi na ten zwrot i czy potrafią wdrożyć go efektywnie? – Największym problemem jest rozbieżność między obietnicami rekrutacyjnymi, a rzeczywistością – podkreśla w rozmowie z InnPoland ekspert prawa pracy.
Przeglądam oferty pracy. Nie powiem, że na portalach mamy klęskę urodzaju. Powiem za to, że w ogłoszeniach zawsze elektryzowało mnie słowo BENEFITY, których wciąż w anonsach jest cała masa. Jak się okazuje: nie chcemy już owocowych czwartków czy konsoli w pokoju socjalnym. Chcemy być zdrowi i chcemy mieć na to czas. A (niektórzy) pracodawcy zdają się to rozumieć… chociaż z opowieści, które zebrałam, wynika, że czasem realizują to w nietypowy sposób.
Nietypowe benefity: basen w godzinach pracy
Pan Piotr: Pamiętam, jak kilka lat temu mój pracodawca również wymarzył sobie zdrowych i sprawnych pracowników. Tylko zabrał się do tego trochę z dziwnej strony, bo wymyślił basen w godzinach pracy. Na godzinę 13:00, kiedy na pływalniach jest najbardziej pusto, zarezerwował tor i chciał, żebyśmy przez trzy kwadranse z niego korzystali, wracając potem za biurka ze zdwojoną energią.
Pomysł, który na pierwszy rzut oka mógł się wydawać bardzo skomplikowany logistycznie, w wypadku tej firmy okazał się prosty.
– Basen był po drugiej stronie ulicy, więc dotarcie tam zajmowało trzy minuty. Moje biuro projektowe to akurat sami faceci, więc problem z makijażem czy suszeniem włosów też odpadał – uśmiecha się pan Piotr.
Zdaniem mojego rozmówcy ich szef miał się jednak i tak mocno przeliczyć, bo jak zauważył, pracownicy wracali za biurka w nastrojach "mocno weekendowych".
– Pijani? – pytam z niedowierzaniem.
– Chyba tylko chlorem. Bardziej chodziło o rozprężenie rekreacją, która w naszych ciałach i mózgach była zakodowana jako czas po pracy. Mało kto, po godzinnej przerwie na basen, umiał potem w stu procentach wejść w tryb pracowniczy, skoro w niedalekiej przyszłości majaczyła nam się 16:00 oznaczająca finisz. Chłopaki przestali się wyrabiać, zaczęły się nawarstwiać zaległości. Dochodziło do paradoksów, bo np. ojciec w ciągu dnia siedział w jacuzzi (nie wszyscy chcieli i umieli pływać), a potem nie miał jak na czas odebrać dziecka ze żłobka. To by się nadawało na jakiś mem – opisuje mężczyzna.
Efekt był taki, że po miesiącu, w atmosferze żartów, ale i rosnącej frustracji, przedsiębiorca wycofał się z finansowania basenu, a o innych formach dbania o zdrowie i formę pracowników już nigdy nie wspomniał.
– Gdyby faktycznie te kilka godzin w miesiącu każdy z nas mógł wykorzystać na to, by spokojnie i bez nerwów pójść na badanie krwi, USG czy do fizjoterapeuty, wszyscy realnie mieliby szansę skorzystać i poprawić swoje zdrowie. Chyba lepiej dać pracownikowi czas na profilaktykę niż borykać się potem z L4? – podsumowuje architekt.
Przedsiębiorcy wprowadzają Zdrowe Godziny
Wydaje się, że słynne owocowe czwartki w ramach działań prozdrowotnych czy też współfinansowanie karty MultiSport, z której wielu z nas korzysta w o wiele mniejszym wymiarze niż pierwotnie zakładało (poprę to własnym przykładem: kiedyś szarpnęłam się na pakiet ekstra, a teraz wiem, że z powodu mnogości obowiązków, wystarczyłby mi ten podstawowy), to dziś dużo za mało.
Z badań, które opublikował Enel-Med wynika, że aż 55 proc. pracowników odkłada badania na później, a 77 proc. deklaruje, że poszłoby się zbadać, gdyby dostali na to dodatkowe, normalnie płatne godziny w pracy.
Dlatego, jak podaje "Rzeczpospolita", sama firma odpowiedzialna za te ekspertyzy zdecydowała się na program pilotażowy "Healthy Hours", w ramach którego pracownicy mogą zyskać dodatkowy czas na badania i konsultacje medyczne bez konieczności brania urlopu.
"W enel-med program działa od stycznia. Od tego czasu skorzystał z niego już niemal co piąty pracownik firmy. Każdy pracownik ma do dyspozycji 6 godzin rocznie, które może wykorzystywać elastycznie. Jak pokazały pierwsze miesiące pilotażu, średnio wykorzystywali oni 2 godziny z przysługującej puli" – pisze Rzeczpospolita.
Wprowadzanie takich rozwiązań wydaje się więc czymś, co realnie wychodzi naprzeciw zwykłym, ludzkim potrzebom.
Benefity tracą blask
Pani Karolinie, gdy 15 lat temu pierwszy raz przestępowała progi nowoczesnego biurowca, gdzie do dziś pracuje w branży telekomunikacyjnej, wszystko wydawało się światowe.
– Korporacyjna nowomowa robiła wrażenie. Dwa razy w tygodniu w kuchni znajdowaliśmy egzotyczne owoce. W przestronnym living roomie po jednej stronie stała bieżnia i fotel do masażu, po drugiej kanapa i wielki telewizor, gdzie podczas półgodzinnej przerwy młoda generacja "naparzała w gierki”. Nowych pracowników zawsze to zachwycało, ale potem okazywało się, że prawdziwe życie jest gdzie indziej i nikt za często z tego nie korzysta.
Kobieta zauważa, że z biegiem czasu okazało się, że standardy benefitów mocno się obniżyły: z egzotycznych owoców zostały już tylko pomarańcze ("Wcześniej bywało mango i papaja!" – wspomina z nostalgią). Konsola lata świetności dawno ma za sobą.
– Lata świetności zdaje się mieć za sobą również część ekipy, która kilkanaście lat temu tak beztrosko spędzała przerwy na graniu – ironizuje team-leaderka.
I dodaje: – Wielu pracownikom urodziły się dzieci, inni w związku z latami spędzonymi w pozycji siedzącej i szybkim jedzeniem zaczynają mieć problemy z żołądkiem czy kręgosłupem. Najbardziej palącym problemem w mojej firmie nie jest już to, czy PlayStation 5 zastąpi czwórkę, ale kiedy i w jaki sposób skorzystać z wizyty lekarza, skoro większość z nich przyjmuje w godzinach naszej pracy.
Patrząc na to z tej perspektywy, dodatek w postaci "godzin na lekarza" wydaje się czymś, co z biegiem czasu się nie zepsuje i nie obniży standardów jakości.
Dyskusyjna może się wydawać za to liczba godzin, która powinna przysługiwać danym pracownikom lub całym ich grupom.
Wolne na profilaktykę. Komu przysługuje?
Pani Marta, przedsiębiorczyni z warmińsko-mazurskiego zajmująca się szyciem odzieży, podkreśla, że wśród jej pracowników "znikanie" na wizyty lekarskie w czasie pracy nie jest dużym problemem… dopóki zatrudniony nie jest młodą matką, np. z dwojgiem dzieci.
– Sama mam dziecko w spektrum, więc wiem, ile czasu wymaga realizowanie punktów terapii. Logopedzi, psycholodzy, psychiatrzy, terapia ręki i sensoryczna – te wszystkie wizyty potrafią pochłaniać nawet do kilkunastu godzin miesięcznie. Gdyby prawo pracy w jakiś sposób to uregulowało, dało więcej legalnej przestrzeni na realizowanie takich działań, wszystkim nam: pracodawcom i pracownikom byłoby po prostu dużo łatwiej. – zaznacza rozmówczyni InnPoland.
Na razie wszystko jednak pozostaje w sferze dobrych praktyk, za którymi przedsiębiorczyni stara się podążać, choć sama przyznaje, że czasami traci do nich cierpliwość.
– Najgorzej jest, gdy ktoś wychodzi na dwie godziny do lekarza, a wraca po pięciu.
– Pracownicy naciągają? Idą po drodze na zakupy czy na spacer? – dopytuję.
– Niekoniecznie. W moim rodzinnym Olsztynie lekarze, zwłaszcza ci przyjmujący na NFZ, lubią się spóźniać. O pewnej pani ginekolog, która zamiast na 8:00 przychodzi na 9:00, a potem trzyma każdą z pacjentek po godzinie omawiając prywatne sprawy, to już krążą legendy. Dlatego najważniejszym i tak naprawdę jedynym prawdziwie przyciągającym benefitem, jaki zaproponowałam moim pracownikom, jest prywatna opieka medyczna. Nie załatwia to wszystkiego, ale bardzo usprawnia działanie firmy.
Dalsza część tekstu poniżej:
Zobacz także
Prawne pułapki i "Gentleman’s Agreement"
Obowiązek zapewnienia prawidłowego toku pracy podkreśla też Marcin Frąckowiak, ekspert Business Centre Club, radca prawny zajmujący się prawem pracy.
– Współczesne benefity ewoluują od dodatków lifestyle’owych w kierunku realnych potrzeb, np. opieki zdrowotnej. Prawnie świadczenia te muszą być przyznawane w sposób niedyskryminacyjny. Jeśli pracodawca określi kryteria ich przyznania, stają się one prawem pracownika, którego może on dochodzić – podkreśla specjalista.
I dodaje: – Dlatego pracodawcy często unikają tego doprecyzowania. Największym problemem jest rozbieżność między obietnicami rekrutacyjnymi a rzeczywistością, szczególnie na kontraktach B2B, gdzie atrakcyjne świadczenia są często pomijane. Coraz popularniejszą metodą jest zawieranie "totalnie pustej" umowy B2B, opartej na tzw. Gentleman’s Agreement, który, jak celnie podsumowano, "działa jak jest dobrze, a przestaje, gdy pomiędzy stronami zaczynają się konflikty”.
Pracowniczy benefit to nie tylko lekarz, ale też czas
Pracownicy licznie podnoszą też fakt, że nawet jeśli benefity są realną częścią polityki firmy, wiele przedsiębiorstw chwali się nimi w momencie rekrutacji, a po podpisaniu umowy nabiera wody w usta.
Właścicielka firmy z Olsztyna nie stosuje tej praktyki.
– To zawsze pewien rodzaj komplikacji i często dodatkowy koszt dla szefów. Dlatego zdarza się, że przedsiębiorstwa lubią nimi kusić, a potem się z nimi nie wychylają. Ja nie unikam odpowiedzialności, bo rynek się zmienia, a moja branża pod wieloma względami opiera się na rynku pracownika: dziś mało kto umie szyć. To, co kiedyś było dodatkiem, dziś staje się elementem strategii HR i budowania przewagi konkurencyjnej firmy. Benefity, które są dopasowane do realnych potrzeb, czyli w moim wypadku pakiet medyczny i elastyczność wyjść, zwiększają produktywność moich ludzi i ich zaangażowanie, wzmacniając moją markę – mówi InnPoland.
Marta dodaje, że uczciwe podejście do benefitów to inwestycja w dobre relacje w zespole.
– Mówiąc wprost: moje dziewczyny bardzo cenią sobie to, że mogą bez stresu wyskoczyć do lekarza. Szanują mnie za to i wiem, że starają się być lojalne. Kiedyś jedna zażartowała, że woli kolonoskopię zamiast pracowniczego deseru. Bo okazuje się równie słodka, gdy może być finansowana z kieszeni firmy – puszcza oko olsztyńska przedsiębiorczyni.
Czy benefity pracownicze to dla Ciebie ważna rzecz?
... odpowiedzi






