
Miasto coraz bardziej przypomina archipelag ogrodzonych wysp – nawet w centrum pojawiają się płoty i bariery. "Miasto działa najlepiej jako sieć połączeń, kontaktów i przenikających się funkcji. Grodzenie osłabia tę logikę, bo tworzy enklawy słabiej powiązane z otoczeniem. Im więcej takich enklaw, tym mniej przestrzeni wspólnej" – podkreśla w rozmowie z InnPoland dr hab. Paulina Tobiasz-Lis, geografka z Uniwersytetu Łódzkiego.
Agnieszka Porowska: Płot to wyznacznik statusu czy raczej świadectwo strachu?
Paulina Tobiasz-Lis: Z moich doświadczeń wynika, że ani jedno, ani drugie na wyłączność. Płot jest przede wszystkim materialnym znakiem granicy, czyli oddzieleniem tego, co prywatne, od tego, co publiczne. Oczywiście może komunikować prestiż – czyli tzw. "dobry adres" albo odpowiadać na lęk, ale zwykle stoi za nim coś bardziej przyziemnego: potrzeba kontroli nad otoczeniem, porządku, przewidywalności i wpływu na najbliższą przestrzeń.
W polskich realiach, zwłaszcza w pierwszych dekadach po 1990 roku, grodzenie często było odpowiedzią nie tyle na przestępczość, ile na chaos transformacji i niewydolne zarządzanie przestrzenią wspólną. Dlatego płot bywał bardziej narzędziem organizacji przestrzeni niż symbolem strachu czy prestiżu.
Ogrodzenia mają nas chronić, ale bywa tak, że to na starych osiedlach bez płotów czujemy się bezpieczniej...
Bo bezpieczeństwo nie wynika wyłącznie z kamer, domofonu czy ogrodzenia. Bardzo często bierze się z oswojenia przestrzeni.
Starsze osiedla znamy z dzieciństwa, z codziennych tras, odwiedzin u rodziny, zabaw na podwórku. Wiemy, gdzie jest sklep, którędy prowadzi skrót, jak miejsce wygląda wieczorem i rano. Taka znajomość obniża poziom niepewności i daje poczucie kompetencji: "wiem, jak to miejsce działa".
Do tego dochodzi większa otwartość przestrzeni, gdzie mamy do czynienia z większą liczbą osób, naturalną obecność sąsiadów, ruchem pieszych. To takie "oczy na ulicy”. Stare osiedla bywają odbierane jako bezpieczne nie dlatego, że są idealne, lecz dlatego, że są czytelne społecznie i pamięciowo.
To jakie są największe grzechy i problemy osiedli za płotem?
Największym problemem nie jest sam płot, lecz jego skutki dla miasta:
W skali mikro osiedle może być uporządkowane. W skali miasta może generować chaos.
Czy grodzenie osiedli stoi w sprzeczności z ideą miast 15-minutowych?
W dużej mierze tak. Miasto 15-minutowe opiera się na dostępności, bliskości i drożnej sieci połączeń pieszych oraz rowerowych. Gdy osiedle zamyka przejścia, skróty, wnętrza kwartałów i zmusza do obchodzenia ogrodzenia, pogarsza codzienną dostępność.
Nie oznacza to jednak, że każde osiedle z kontrolą dostępu jest sprzeczne z tą ideą. Ale klasyczne, szczelnie zamknięte zespoły mieszkaniowe utrudniają logikę miasta krótkich dystansów.
A czy słyszała pani, żeby jakaś wspólnota zdecydowała o wspólnym rozmontowaniu płotów?
Nie słyszałam o jakiejkolwiek akcji burzenia płotów, ale wydaje mi się, że "odpłotowienie" nie musi polegać na fizycznym demontażu istniejących ogrodzeń. Nowe osiedla coraz rzadziej są zamykane klasycznym ogrodzeniem, bo funkcję bezpieczeństwa przejęły garaże podziemne, monitoring i kontrola dostępu. Zmieniły się też oczekiwania klientów – dziś ważniejsze są jakość przestrzeni, zieleń i dobra lokalizacja niż sam płot.
To nie koniec granic, lecz zmiana ich formy. Bardzo istotna zmiana. W latach 90. i na początku XXI wieku ogrodzenie było niemal standardem sprzedażowym. Dziś wielu deweloperów odchodzi od tej logiki, a jeśli granice są wyznaczane, robi się to subtelniej: zielenią, różnicą poziomów, monitoringiem, kontrolą wejść do klatek, półprywatnym patio czy strefowaniem przestrzeni.
Czy przepisy wynikające z uchwały krajobrazowej są w stanie wygrać z podejścoem "mój dom, moja twierdza"?
Przepisy mogą ograniczać formę grodzenia, ale nie zlikwidują potrzeby odgradzania się. Samorząd może regulować wysokość, materiały, estetykę ogrodzeń czy sytuowanie ich w przestrzeni.
Jeżeli jednak mieszkańcy nie ufają zarządzaniu wspólną przestrzenią, boją się chaosu parkingowego albo dewastacji, potrzeba kontroli pojawi się innymi kanałami: monitoringiem, szlabanami, kodami dostępu, prywatnymi patio.
Prawo może więc wygrać z brzydkim płotem. Trudniej wygrać z deficytem zaufania.
Czy zamykane osiedla wpływają na spójność miasta?
Tak. Miasto działa najlepiej jako sieć połączeń, kontaktów i przenikających się funkcji. Grodzenie osłabia tę logikę, bo tworzy enklawy słabiej powiązane z otoczeniem. Im więcej takich enklaw, tym mniej wspólnego miasta. Miasto staje się wtedy siecią punktów do zaliczenia, a nie przestrzenią ciągłych doświadczeń.
A jak grodzenie koreluje z dostępnością?
Bardzo ją ogranicza, bo wpływa na wydłużenie dojść pieszych i utrudnienia w ruchu rowerowym. Grodzenie zamyka skróty i powoduje, że ruch skupia się przy kilku bramkach. Bardzo trudno w takiej sytuacji zorientować się w terenie.
Dla mieszkańca samochodowego może to być niewielki problem. Dla pieszego, seniora, dziecka czy osoby z wózkiem – już znaczny.
Jedni płoty lubią, innych od nich odrzuca...
Tak. Szlabany mogą dwuznacznie wpływać na naszą psychikę. Pozytywnie, gdy dają poczucie kontroli, przewidywalności, spokoju. Lub negatywnie, gdy wzmagają nieufność wobec "zewnętrza", podział na swoich i obcych. Wpływają też na przyzwyczajenie do życia w separacji. Psychologicznie ważniejsze od samego płotu jest to, czy ludzie czują się częścią większej wspólnoty miejskiej.
Jak zmienia się sposób, w jaki korzystamy z miasta na co dzień?
Często bardziej selektywnie. Mieszkaniec przemieszcza się na trasie: mieszkanie – garaż –samochód – praca/sklep/usługa – garaż – mieszkanie.
Mniej jest spontanicznego korzystania z ulicy, podwórka, lokalnych tras pieszych, przypadkowych spotkań.
Czyli można mówić o rozpadzie miasta na wyspy?
Trafne będzie określenie "archipelag miasta" czyli zbiór dobrze utrzymanych enklaw połączonych ruchem samochodowym, lecz słabiej powiązanych społecznie i przestrzennie.
Taki archipelag pogłębia nierówności?
Nierówności ekonomiczne stają się nierównościami krajobrazowymi. Różnice zaczynają być widoczne w samej przestrzeni. Przez to jako społeczeństwo mamy różny dostęp do zieleni, bezpieczeństwa, estetyki.
Jak "wyspowość" naszych miast wpływa na lokalny biznes?
Sklep, kawiarnia czy drobny punkt usługowy korzystają z ruchu pieszego i przypadkowych wizyt. Kiedy przestrzeń jest segmentowana, taki ruch maleje. Nie znalazłam mocnego polskiego badania ilościowego pokazującego skalę strat dla lokalnego biznesu, ale z urbanistycznego punktu widzenia zależność jest logiczna: mniej przejść i mniej przenikalnych tras oznacza mniej spontanicznych kontaktów ekonomicznych.
W obecnie powstających inwestycjach, gdzie odchodzi się od pełnego grodzenia na rzecz bardziej subtelnych granic, negatywny wpływ na lokalny biznes jest zwykle mniejszy. Otwarta zabudowa sprzyja ruchowi pieszemu, przypadkowym wizytom i lepszemu powiązaniu osiedla z ulicą, dzięki czemu sklepy, kawiarnie i drobne usługi mają większą szansę korzystać z codziennego przepływu mieszkańców. Granice nie znikają, ale są mniej dotkliwe dla lokalnej przedsiębiorczości.
Czy mieszkańcy takich osiedli w takim razie mniej korzystają z całego miasta?
Niekoniecznie mniej, ale inaczej. Częściej wybierają miejsca celowo i funkcjonalnie, rzadziej przypadkowo. Korzystają z miasta bardziej zadaniowo niż spontanicznie.
Dalsza część tekstu poniżej.
Zobacz także
Ale nie można powiedzieć, że za płotem ludzie uciekają od wspólnoty?
Nie. Oni tworzą jej nowy typ: bardziej regulowanej, bardziej świadomej praw własności, częściej angażującej się w sprawy osiedla (np. aktywność w akcjach typu: budżet partycypacyjny).
Kłótnie nie dotyczą wielkich idei, lecz codzienności, np. psa na trawniku (bywa tak, że aby uniknąć niesnasek właściciele biegną z psem na rękach, by wypuścić go tuż za szlabanem osiedla i… nie zawsze po nim sprzątają), hałasujących dzieci, miejsc parkingowych, śmieci czy tego kto gdzie zostawił rower.
Grodzenie osiedli nie jest dziś już tylko sprawą płotu. Coraz częściej chodzi o subtelniejsze formy odróżniania tego, co prywatne, od tego, co wspólne. Dlatego nie sprowadzałabym tego zjawiska ani do demonstracji statusu, ani do zwykłego strachu.
To raczej materialny język granicy, kontroli i odpowiedzialności za "swoje". Problem zaczyna się wtedy, gdy ta granica przestaje porządkować przestrzeń prywatną, a zaczyna rozrywać miasto: utrudnia przejścia, osłabia dostępność, wzmacnia segregację i zamienia tkankę miejską w archipelag enklaw.
Jak "płotoza polska" wypada na tle innych państw?
Badania porównawcze pokazują, że gated communities rozwijały się szeroko w wielu krajach, lecz w Europie Środkowo-Wschodniej ich wzrost był silnie związany z transformacją ustrojową, wycofaniem państwa z części funkcji regulacyjnych, urynkowieniem mieszkalnictwa i nową symboliką klasy średniej.
W literaturze Polska bywa wskazywana jako kraj, który szczególnie szybko rozwinął tę formę zabudowy po połowie lat 90. Różnica wobec Ameryki Łacińskiej czy RPA polega zwykle na skali przemocy i lęku, które tam częściej stanowią centralne uzasadnienie grodzenia.
W Polsce ważniejsze były: jakość otoczenia, porządek, przewidywalność, prestiż i kontrola nad wspólną własnością. Dziś trend się zmienia: mniej ostentacyjnych płotów, więcej subtelnych form separacji.
Czy grodzenie osiedli powinno być legalne?
... odpowiedzi






