
Główny wskaźnik inflacji podawany przez GUS potrafi zmylić trop. Kiedy odrzucimy z koszyka taniejące paliwo i sezonowe warzywa, okazuje się, że ceny w sklepach i punktach usługowych rosną szybciej niż miesiąc temu. Prześwietlamy najnowsze dane NBP o tzw. inflacji bazowej i tłumaczymy, dlaczego bank centralny patrzy na nie z rosnącym niepokojem.
3 procent – tyle wynosi wskaźnik, o którym ekonomiści dyskutują dziś najgłośniej. Tłumaczymy "z polskiego na nasze", o co chodzi w najnowszym komunikacie NBP i dlaczego wycięcie z koszyka zakupowego energii oraz żywności mówi o stanie naszych portfeli znacznie więcej niż tradycyjne raporty.
Cztery różne wskaźniki i jeden wniosek: presja cenowa w Polsce wciąż jest silna. Wyjaśniamy, dlaczego Narodowy Bank Polski co miesiąc bawi się w matematycznego chirurga, odrzucając skrajne podwyżki, i co z tego chirurgicznego cięcia wynika dla codziennych zakupów przeciętnego Kowalskiego.
Inflacja odarta ze złudzeń. Dlaczego NBP podał gorsze dane niż GUS?
Kiedy Główny Urząd Statystyczny (GUS) podaje opinii publicznej główny wskaźnik inflacji (tzw. CPI), większość z nas kiwa głową, widząc np. kwietniowe 3,2 proc. Myślimy sobie: "No dobrze, dramatu nie ma, ceny rosną powoli". Jednak ekonomiści w tym samym czasie nerwowo obgryzają paznokcie. Dlaczego? Ponieważ prawdziwą prawdę o tym, co dzieje się z polską gospodarką, ujawnia dopiero Narodowy Bank Polski (NBP), publikując raport o tzw. inflacji bazowej.
Sam wstępny odczyt GUS już zresztą wystarczył, żeby zapaliły się czerwone lampki – jak pokazaliśmy w tekście "Inflacja znów pręży muskuły. GUS potwierdza: tanio już było", największym problemem stają się "lepkie" ceny usług, które rosną już o 5,2 proc. rocznie, a koszty utrzymania mieszkania – aż o 4,8 proc.
Najnowsze dane za kwiecień właśnie ujrzały światło dzienne. I nie mamy dobrych wiadomości. Ta "prawdziwa", ukryta pod powierzchnią inflacja właśnie przyspieszyła z 2,7 proc. do 3 proc.
Co to w ogóle oznacza i dlaczego powinieneś o tym wiedzieć? Rozbierzmy ten urzędniczy komunikat na czynniki pierwsze.
O co chodzi z tą "bazą"?
Wyobraź sobie, że robisz codzienne zakupy. W twoim koszyku lądują chleb, pomidory, benzyna do auta, ale też bilet do kina, opłata za fryzjera, nowy abonament za telefon czy proszek do prania. GUS wrzuca to wszystko do jednego wora i liczy średnią.
NBP robi coś zupełnie innego – bawi się w chirurga. Bierze ten koszyk i bezlitośnie wytnie z niego dwie ogromne rzeczy: żywność oraz energię (w tym paliwa). To, co zostanie na dnie koszyka, nazywa się właśnie inflacją bazową.
Zobacz także
Po co bank centralny to robi? Tłumaczy to bardzo prosto:
Na pogodę i na szejków naftowych prezes NBP nie ma żadnego wpływu. Ma jednak wpływ na ceny usług, elektroniki, czynszów czy ubrań. Inflacja bazowa pokazuje więc czystą presję cenową generowaną wewnątrz naszego kraju. To wskaźnik, który mówi, czy drożyzna wynika z chwilowych anomalii (np. nagle zdrożały pomidory, bo przymroziło), czy zapuściła korzenie w strukturze gospodarki.
Ten "ukryty" wskaźnik potrafi zresztą zaskakiwać w obie strony. Niedawno pisaliśmy o sytuacji, z września 2025 – wówczas inflacja bazowa spadła do najniższego poziomu od ponad pięciu lat, dając ekonomistom nadzieję na obniżki stóp. Dziś trend zawraca, i to dynamicznie.
Kwietniowy raport: 4 oblicza drożyzny
NBP nie ogranicza się do jednego wyliczenia. Żeby mieć absolutną pewność, co się dzieje, co miesiąc publikuje aż cztery różne wskaźniki inflacji bazowej. Wszystkie one w kwietniu wysłały podobny, ostrzegawczy sygnał:
Co ciekawe, jeszcze miesiąc temu główny wskaźnik CPI dawał powody do umiarkowanego optymizmu. Eksperci się pomylili – wynik 3 proc. okazał się znacznie niższy od rynkowego konsensusu, a stabilna żywność i taniejąca energia "ratowały" odczyt. Diabeł, jak zwykle, tkwił w szczegółach – i właśnie ten diabeł teraz wychodzi w kwietniowych danych NBP.
Co to oznacza dla twojego portfela?
Skoro inflacja bazowa wzrosła z 2,7 do 3 proc., oznacza to, że drożyzna staje się trwała. To nie jest chwilowy wyskok spowodowany tym, że przez tydzień paliwo na stacjach było droższe. Podwyżki rozlewają się po stałych elementach naszego życia: po usługach, fryzjerach, mechanikach samochodowych, biletach czy abonamentach.
Co więcej, ekonomiści od miesięcy zwracają uwagę, że konsumenci czują na własnej skórze coś, czego nie pokazują liczby CPI. Paradoks da się wytłumaczyć – codzienne zakupy drożeją niemal czterokrotnie szybciej niż "oficjalna" inflacja, a podstawowe kategorie spożywcze wciąż idą w górę o kilka procent rocznie.
Dla zwykłego człowieka kluczowy wniosek jest jeden i dotyczy stóp procentowych oraz kredytów.
Rada Polityki Pieniężnej (RPP) podejmuje decyzje o wysokości stóp procentowych (a więc o tym, jak wysoka będzie rata Twojego kredytu hipotecznego), patrząc właśnie na inflację bazową. Skoro ten wskaźnik idzie w górę, bank centralny dostaje jasny komunikat: w gospodarce wciąż krąży za dużo pieniądza, a ceny nie chcą odpuścić.
W efekcie marzenia o szybkich obniżkach stóp procentowych i tańszych kredytach musimy odłożyć na półkę. Pieniądz w bankach pozostanie drogi, a walka z pełzającą drożyzną w sklepach potrwa znacznie dłużej, niż większość z nas by sobie tego życzyła.
