Podpisanie umowy na "Ratownika"
"Wulkan" przestał drzemać. Szczecińska stocznia wchodzi w zbrojeniówkę i buduje giganta dla armii Fot. mat. pras.

Przez lata szczecińskie pochylnie kojarzyły się głównie z politycznymi obietnicami i pustkami. Dziś Stocznia Szczecińska "Wulkan" oficjalnie wchodzi do gry w najbardziej elitarnym i wymagającym sektorze. Spółka podpisała swój pierwszy w historii kontrakt obronny i wspólnie z Gdynią zbuduje jednego z największych potworów ratowniczych na Bałtyku.

REKLAMA

Przez ostatnie lata wokół szczecińskiego przemysłu stoczniowego narosło mnóstwo mitów, teorii i – powiedzmy sobie szczerze – politycznego bicia piany. Jednak to, co wydarzyło się 26 maja 2026 roku, to nie są obietnice bez pokrycia, ale twardy biznes.

Stocznia Szczecińska "Wulkan" (spółka podlegająca pod Fundusz Rozwoju Spółek S.A.) podpisała historyczną umowę z PGZ Stocznią Wojenną. Temat? Udział w budowie nowoczesnego okrętu ratowniczego dla Marynarki Wojennej RP w ramach programu "Ratownik".

Dla Szczecina to absolutny kamień milowy: pierwszy w historii tego zakładu kontrakt w segmencie obronnym.

Okręt ratowniczy dla Marynarki Wojennej RP. Szczeciński dziób dla gdyńskiego kadłuba

Głównym wykonawcą i integratorem całego projektu jest PGZ Stocznia Wojenna w Gdyni. Co w takim razie ląduje na barkach szczecińskich stoczniowców? "Wulkan" będzie odpowiedzialny za jedno z najbardziej wymagających zadań inżynieryjnych.

Zakres prac Stoczni "Wulkan" obejmuje:

  • Prefabrykację i montaż sekcji kadłuba,
  • Scalenie całego, potężnego bloku dziobowego,
  • Częściowe malowanie konstrukcji,
  • Montaż kluczowych, zaawansowanych urządzeń: pędnika azymutalnego, sterów strumieniowych oraz kompletnego systemu kotwiczno-cumowniczego.
  • Gdy blok dziobowy będzie gotowy, drogą morską przetransportuje się go do Gdyni, gdzie zostanie połączony z resztą kadłuba. To podręcznikowy przykład strategii local content – zamiast szukać podwykonawców za granicą, polskie stocznie udowadniają, że potrafią ze sobą współpracować i dzielić się zadaniami.

    Nie jest to przypadek, bo gdy Donald Tusk ogłaszał Local Content, rodzime firmy miały wyjść z cienia zagranicznych gigantów. Kontrakty zbrojeniowe i energetyczne to dokładnie te miejsca, gdzie rząd chce zostawiać pieniądze w kraju.

    Stocznia Szczecińska "Wulkan". Od głębokiego kryzysu do audytowanego zysku

    Żeby w pełni docenić ten moment, trzeba cofnąć się o 24 miesiące. Sytuacja finansowa i operacyjna "Wulkana" była wtedy, dyplomatycznie mówiąc, opłakana. Wymagała natychmiastowych, ostrych cięć i restrukturyzacji.

    – Sytuacja Stoczni Szczecińskiej "Wulkan" dwa lata temu wymagała stanowczych decyzji. Dziś szczecińska stocznia ma audytowany zysk, realizuje budowę nowoczesnego doku i podpisuje pierwszy w swojej historii kontrakt obronny. To pokazuje, że polski przemysł morski można odbudowywać konsekwentnie i z poszanowaniem standardów rynkowych – ocenia Arkadiusz Marchewka, sekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury.

    Stocznia w Szczecinie przestała być finansową czarną dziurą. Dziś nie tylko zarabia, ale realizuje gigantyczne inwestycje infrastrukturalne, w tym budowę zupełnie nowego doku pływającego, który drastycznie zwiększy jej możliwości technologiczne.

    Warto tu przypomnieć, że teza o rzekomej konieczności ratowania całej branży zawsze była przesadzona. Już lata temu pisaliśmy o polskich stoczniach, że branża ma się całkiem nieźle i wcale nie potrzebuje odgórnego "odbudowywania" za wszelką cenę.

    Nie wszystkie inwestycje kończyły się happy endem

    Trzeba jednak uczciwie przyznać, że szczecińska historia stoczniowa zna też spektakularne wpadki. Najlepszym przykładem jest moment, gdy stępka ze szczecińskiego promu poszła na złom – symbol obietnicy, która przez lata nie obrosła resztą kadłuba.

    Tym bardziej nowy, twardo wynegocjowany kontrakt obronny pokazuje różnicę między pijarem a realnym biznesem.

    Kierunek: wojsko i morskie farmy wiatrowe

    Wejście w segment militarny to część większego planu, jaki wobec stoczni realizuje Fundusz Rozwoju Spółek (FRS). "Wulkan" dywersyfikuje swoje przychody i z powodzeniem rozpycha się łokciami na rynku offshore.

    Zakład buduje obecnie specjalistyczne jednostki do transportu załóg dla morskich farm wiatrowych (Crew Transfer Vessels) oraz skomplikowane konstrukcje stalowe dla energetyki morskiej. To wpisuje się w szerszy boom na Pomorzu Zachodnim – jak pokazywaliśmy, dobre wynagrodzenie i tysiące wakatów sprawiają, że firmy inwestują w offshore, a Zachodniopomorska Dolina Offshore może wygenerować nawet 10 tysięcy miejsc pracy.

    Taki miks – obronność, zielona energia i klasyczne remonty – daje Pomorzu Zachodniemu to, czego brakowało od lat: stabilne, dobrze płatne miejsca pracy i unikalne w skali Europy kompetencje.

    Region zresztą od dawna pokazuje, że potrafi grać w pierwszej lidze przemysłu. Dobrze widać to na przykładzie pobliskich Polic, gdzie Grupa Azoty zachęca do ekspansji i od lat uchodzi za symbol nowoczesnej, eksportowej polskiej chemii.

    Metryka projektu: czym jest okręt "Ratownik"?

    Jednostka, która powstaje siłami Gdyni i Szczecina, będzie jednym z filarów wsparcia polskiej floty i operacji sojuszniczych NATO na Bałtyku. Jej zadaniem będzie m.in. prowadzenie zaawansowanego ratownictwa podwodnego oraz zabezpieczanie działań okrętów podwodnych.

  • Długość całkowita: 96 m
  • Szerokość: 19 m
  • Wyporność: 6 500 ton
  • Położenie stępki: luty 2026 r.
  • Planowane wodowanie:2027 r.
  • Przekazanie Marynarce Wojennej: ok. 2029 r.
  • Biorąc pod uwagę te gabaryty, "Ratownik" będzie jedną z największych tego typu jednostek pływających na całym Morzu Bałtyckim. Wygląda na to, że polski przemysł stoczniowy wreszcie przestał gonić króliczka, a zaczął go po prostu skutecznie i zyskownie łapać. Czekamy na pierwsze efekty prac w szczecińskich dokach.