
Miało być pięknie. Wielka reforma samorządowa miała oddać władzę ludziom, stworzyć lokalne małe ojczyzny i sprawić, że o losach chodnika, szkoły czy wodociągów zdecydują ci, którzy z nich korzystają. Rzeczywistość z tą romantyczną wizją ma niewiele wspólnego. Najnowsze dane pokazują, że Polacy nareszcie przejrzeli na oczy. I są wściekli.
Opublikowany właśnie najświeższy sondaż IBRiS dla "Rzeczpospolitej" to porażający akt oskarżenia. Blisko połowa Polaków (49,1 proc.) jest niezadowolona z włodarzy swoich miejscowości. To już nie jest żółta kartka, tylko potężne tąpnięcie zaufania, które następuje tuż po głośnym, krakowskim referendum. Tam lokalna władza dostała potężnego i zasłużonego kopa od rzeczywistości.
I mam nadzieję, być może płonną, iż jest to początek zmian w polskim modelu samorządowym. Bo on działa, jest napędzany piękną ideą, ale trawią go piekielne patologie, które odstręczają ludzi od brania odpowiedzialności za swoje otoczenie.
Nie dziwię się, bo ktoś z pracą i dzieckiem nie ma ani czasu, ani ochoty użerać się z dziwnym systemem, póki jakaś kropla nie przeleje czary goryczy. Ale wiele wskazuje na to, że w Polsce osiągnęliśmy w końcu jakiś punkt krytyczny i zmiany nadciągają.
Lekcja z Krakowa: koniec ery "zbojkotujcie to sami"
Przez lata lokalni baronowie – prezydenci, burmistrzowie i wójtowie – wypracowali genialną w swojej bezczelności metodę na referenda odwoławcze. Gdy mieszkańcy skrzykiwali się, by pogonić nieudolnego włodarza, ten wychodził przed kamery i z uśmiechem mówił: "Nie idźcie na wybory, zostańcie w domach, szkoda publicznych pieniędzy". Liczono na to, że niska frekwencja załatwi tę procedurę na cacy.
W Krakowie ta bezczelna strategia zatonęła. 97,8 proc. głosujących opowiedziało się za odwołaniem prezydenta, pisaliśmy zresztą, że o nokaucie Miszalskiego zdecydowało aż 9 rzeczy. Metoda namawiania do bojkotu przestała działać, a obywatele udowodnili, że potrafią się zmobilizować, gdy poziom arogancji władzy przekroczy masę krytyczną. Co więcej, efekt Miszalskiego możliwy jest w kolejnym mieście – fala podobnych inicjatyw rusza dziś w całej Polsce.
Ludzie przez lata nie chodzili na wybory lokalne, bo wmawiano im, że ich głos nic nie zmienia. Zmienia. Ale żeby to zrozumieć, musimy najpierw rozbić beton, który zalał nasze gminy.
Spółki miejskie, czyli sposób na "budowanie zaplecza"
Jak utrzymać się przy korycie przez dekady? Mechanizm jest stary jak świat i opiera się na ordynarnej korupcji politycznej, zwanej elegancko "budowaniem zaplecza". Kupuje się lojalność radnych. Czym? Stanowiskami w miejskich wodociągach, spółkach śmieciowych, radach nadzorczych czy ośrodkach sportu. Nie bez powodu minister Balczun odpala lex Obajtek (czyli koniec z kolesiostwem w państwowych spółkach) – ten sam mechanizm partyjnych nominacji kwitnie również na szczeblu lokalnym.
Gdy sprawa robi się zbyt głośna i lokalne media zaczynają węszyć, włodarze uruchamiają wyższy poziom wtajemniczenia: międzygminny barter stanowiskami. Scenariusz jest prosty i genialny w swojej prostocie. Prezydent miasta X mianuje szefem swoich wodociągów zaufanego namiestnika z miasta Y. W zamian prezydent miasta Y zatrudnia u siebie człowieka z miasta X.
Karuzela się kręci, ręka rękę myje, kolesiostwo kwitnie, a wszystko jest formalnie czyste i trudne do wykrycia dla przeciętnego śmiertelnika. A nawet jak zostanie wykryte, to i tak nikt z tym nic nie zrobi.
Dwukadencyjność to błąd. Samorząd to nie piaskownica
Wbrew powszechnej opinii, lekarstwem na ten stan rzeczy wcale nie jest mechaniczna dwukadencyjność. Zarządzanie miastem czy gminą to nie jest zabawa dla amatorów z łapanki. To wielomilionowe budżety, setki pracowników, skomplikowane procedury przetargowe i gigantyczna odpowiedzialność prawna.
Modernizację sieci energetycznej, budowę obwodnicy czy strategiczne inwestycje planuje się nie na jedną czy dwie kadencje – planuje się je na 15–20 lat. Do tego potrzeba wizjonerów i doświadczonych menedżerów, a nie ludzi z przypadku.
Jakiś czas temu jeden z wieloletnich, sprawnych burmistrzów żalił mi się w prywatnej rozmowie: "Słuchaj, ja muszę marnować czas i energię na kampanię, w której moim głównym kontrkandydatem nie jest żaden lokalny menedżer czy społecznik. Walczę z panią katechetką, która o samorządzie wie tyle, że istnieje, ale dostała oficjalne poparcie PiS i nagle stała się poważnym zagrożeniem".
Mówimy o facecie, który na co dzień walczył o inwestycje warte setki milionów złotych, stanowczo protestował przeciw zapisywaniu go do jakiejkolwiek partii i – co przyznawali nawet jego oponenci – był uczciwy.
To jest dramat naszych małych ojczyzn. Za politykę lokalną biorą się ludzie, których jedyną kwalifikacją jest partyjny glejt i misja "pokazania ludziom miejsca w szeregu".
Zobacz także
Krajowy cyrk na lokalnym podwórku
Lokalna polityka została potwornie, toksycznie skażona wojną polsko-polską z Wiejskiej. W Warszawie moglibyśmy wystawić w wyborach robota kuchennego z logo Koalicji Obywatelskiej, a i tak pogoniłby konkurencję w pierwszej turze. Są w Polsce regiony, gdzie bez legitymacji Prawa i Sprawiedliwości kandydat na wójta nie ma po co w ogóle rejestrować komitetu.
Przynależność partyjna w samorządzie powinna mieć znaczenie marginalne, a tymczasem decyduje o wszystkim. O absurdach tej polityki mówiła nam zresztą pierwsza prezydentka Kielc: "Tłumaczę się radnym nawet ze swoich skarpetek, to skandaliczne".
Eksplozja tej partyjnej głupoty na szczeblu lokalnym bywa komiczna, choć częściej jest straszna. Wszyscy znamy ten schemat: widzisz newsa, który zaczyna się od słów "Radny/a PiS zaproponował..." i w tym momencie podświadomie wiesz, że zaraz przeczytasz o czymś kosmicznie durnym.
Pamiętacie pomysł zakazu kopulowania osłów w poznańskim zoo, bo dzieci na to patrzą? To nie jest fikcja, to autentyczny poziom refleksji niektórych lokalnych trybunów ludowych.
Biznes w cieniu urzędu
Jeśli jednak myślicie, że partie polityczne to największe zło w samorządach, to jesteście w błędzie. O wiele groźniejsze, bo ciche i niewidoczne, jest całkowite uzależnienie lokalnej polityki od lokalnego biznesu.
To deweloperzy, właściciele firm transportowych czy lokalni przedsiębiorcy budowlani często piszą scenariusze dla wójtów i burmistrzów. To oni finansują kampanie, by potem "w nagrodę" odbierać intratne kontrakty, renegocjować plany zagospodarowania przestrzennego i betonować okolicę pod swoje dyktando.
Najlepiej pokazała to opisywana przez nas batalia o kamienice na krakowskim Kazimierzu. W małych społecznościach ten układ bywa tak szczelny, że przeciętny mieszkaniec jest wobec niego absolutnie bezbronny.
Jak to naprawić? Recepty brak, ale jest jeden klucz
Jak się przed tym uchronić? Uczciwie mówię: prostej recepty w szafie nie mam. Wiem jednak jedno – klucz trzymamy w kieszeni my sami, co dobitnie pokazał przykład z Krakowa.
Jedynym batem na zabetonowane układy, kolesiostwo w wodociągach i osły w zoo jest nasze masowe zaangażowanie. Dopóki będziemy uważać, że wybory samorządowe nas nie dotyczą, dopóty lokalni oligarchowie będą dzielić łupy między sobą przy stoliku.
Pytanie tylko, jak zmusić Polaków, by wreszcie zaczęli interesować się własnym podwórkiem, zanim to podwórko zostanie ostatecznie sprzedane i zabetonowane? Czas przestać narzekać przy rodzinnym stole i zacząć rozliczać lokalnych kacyków. Po ludzku. Bo jeśli my nie zajmiemy się samorządem, samorząd bardzo boleśnie zajmie się naszymi portfelami.






