
Patrząc na alarmujące wieści z kuratoriów oświaty, zastanawiam się, jak polska szkoła ma zamiar przetrwać nadchodzący wrzesień. Oferty pracy dla nauczycieli pojawiają się w sieci co 2 minuty, a dyrektorzy masowo zatrudniają osoby bez jakichkolwiek kwalifikacji pedagogicznych. Rekrutacyjny dramat przestał być wyłącznie problemem dyrektorów – stał się realnym zagrożeniem dla jakości edukacji naszych dzieci.
Kuratorzy wydali już blisko 38 tysięcy zgód na zatrudnienie osób bez wymaganych uprawnień. Polski system edukacji działa dziś wyłącznie na słowo honoru zmęczonych dyrektorów i ściąganych z emerytur nauczycieli. Ponieważ w połowie wakacji w bankach ofert wisiało ponad 20 tysięcy wakatów, rekrutacyjna łapanka trwa w najlepsze.
Dyrektorzy szkół wykonują dziś pracę bardziej kaskaderską niż menedżerską. Kiedy brakuje nauczycieli przedmiotów ścisłych, jedynym wyjściem staje się sztukowanie planu lekcji i proszenie o pomoc emerytów.
Nauczyciele poszukiwani "na wczoraj"
O tym, że zawód nauczyciela przestaje być atrakcyjny i nie przyciąga młodych ludzi, dyskutowano od lat. W końcu nadszedł jednak moment, w którym teoretyczne ostrzeżenia zmieniły się w brutalną rzeczywistość. W połowie lipca w ogólnopolskim banku ofert pracy dla nauczycieli wisiało ponad 20 tysięcy ogłoszeń.
Skala rekrutacyjnego dramatu poraża, gdy spojrzy się na tempo napływu nowych wakatów. Tylko od początku lipca dyrektorzy opublikowali blisko 11 tysięcy nowych ofert.
Oznacza to, że niezależnie od pory dnia czy dnia tygodnia, nowe ogłoszenie o poszukiwaniu nauczyciela pojawia się średnio co dwie minuty. Główna przyczyna jest znana od dawna – nauczyciele zarabiają niewiele, początkujący dostają mniej niż płaca minimalna i uciekają do lepiej płatnych branż.
Wyjątek stał się regułą: blisko 38 tysięcy zgód na brak kwalifikacji
Wobec braku chętnych dyrektorzy szkół masowo sięgają po rozwiązanie, które w przepisach miało stanowić jedynie skrajny wyjątek na trudne momenty – zatrudnianie osób bez wymaganych kwalifikacji pedagogicznych.
Z danych z 13 województw wynika, że szefowie placówek wystąpili łącznie z 49 261 wnioskami o zgodę na zatrudnienie nauczyciela bez kwalifikacji. Kuratorzy oświaty, mając świadomość, że alternatywą jest pusta sala lekcyjna, wydali aż 37 873 zgody.
Jako przykład skali tego procederu służyć może Podkarpacie, gdzie w ciągu ostatnich 5 lat odnotowano aż 9,7 tysiąca takich wniosków, z czego aż 9,2 tysiąca rozpatrzono pozytywnie. Rozwiązanie awaryjne na naszych oczach zamienia się w stały element systemu. Nic dziwnego, skoro spór o pieniądze wciąż tli się w tle – niedawno pisaliśmy, że podwyżki dla nauczycieli to fikcja, budżetowa bomba tyka, a związkowcy idą na noże.
Zobacz także
Edukacyjna pustynia. Gdzie brakuje najwięcej nauczycieli?
Choć dyrektorzy w całym kraju muszą stawać na głowie, by skompletować kadrę, problem ma swoje wyraźne epicentra. Z danych przekazanych przez kuratora oświaty "Dziennikowi Gazecie Prawnej" wynika, że najtrudniejsza sytuacja panuje w dużych i szybko rozwijających się województwach. W mazowieckim jest 4 206 wolnych etatów, w małopolskim 2 464, w dolnośląskim 1 696, a śląskim zaś 1 660.
Na drugim biegunie zestawienia znajdują się województwa świętokrzyskie (419 ofert) oraz kujawsko-pomorskie (555 ofert). Jednak – jak podkreślają eksperci – nawet w regionach o teoretycznie mniejszej liczbie wolnych miejsc dyrektorzy mają gigantyczne trudności ze znalezieniem chętnych do pracy przed nadchodzącym rokiem szkolnym.
Kogo brakuje najbardziej? Od psychologów po matematykę
Dziury kadrowe występują na niemal każdym etapie nauczania, ale w niektórych obszarach zapaść jest szczególnie widoczna. Najbardziej poszukiwani są specjaliści, bez których trudno mówić o bezpiecznym funkcjonowaniu placówki.
Największy deficyt dotyczy specjalistów i opieki: nauczycieli wspomagających, pedagogów, psychologów oraz nauczycieli wychowania przedszkolnego. Do tego w całym kraju brakuje po ponad tysiącu nauczycieli języka polskiego, matematyki oraz języka angielskiego. Prawdziwa zapaść dotyka również przedmioty ścisłe: fizykę, informatykę i chemię.
Łatanie dziur "na chwilę". Jak szkoły próbują przetrwać?
Zatrudnianie osób bez kwalifikacji to tylko jeden z pomysłów na utrzymanie ciągłości pracy. Aby uczniowie nie zostali sami sobie, dyrektorzy stosują pełen wachlarz rozwiązań zastępczych. Błagają nauczycieli przebywających na emeryturze o powrót do pracy, narzucają potężne nadgodziny obecnej, i tak już obciążonej kadrze, oraz organizują ciągłe zastępstwa doraźne i nieustannie modyfikują plany lekcji.
Problem w tym, że te nadgodziny bywają kością niezgody – opisywaliśmy, jak nauczyciele chcieli uczciwego rozliczenia nadgodzin, a nowa propozycja dała im zarobić... mniej.
W praktyce prowadzi to do sytuacji, w których dzieci przez dłuższy czas w ogóle nie mają zajęć z danego przedmiotu. Zamiast chemii czy fizyki uczestniczą w innych lekcjach lub po prostu spędzają czas na zajęciach opiekuńczych. Rekrutacyjna gorączka trwa do ostatniej minuty wakacji, a w wielu przypadkach przeciągnie się na pierwszy okres nowego roku szkolnego.
Nic dziwnego, że część pedagogów szuka dodatkowego źródła utrzymania poza szkołą – jak pokazał reportaż naTemat, na uczeniu można zarobić, ale nie w szkole, bo "to już jest biznes". Na korepetycjach da się wyciągnąć nawet 10 tysięcy złotych. Dopóki etat w szkole będzie przegrywał finansowo z rynkiem, dopóty łatanie dziur zgodami na brak kwalifikacji pozostanie codziennością polskiej oświaty.
Źródło: GazetaPrawna.pl






