
Wszyscy żyją politycznym rozwodem na Nowogrodzkiej i odejściem blisko 40 posłów z obozu Mateusza Morawieckiego. Nie wiadomo jednak, czy największy cios dla Jarosława Kaczyńskiego nie nadejdzie z zupełnie innej strony. Czystka w klubie to nie tylko wizerunkowy wstrząs, ale przede wszystkim zakręcenie kurka z gotówką w momencie, gdy przychody partii w rok spadły o ponad 60 proc.
Wokół Prawa i Sprawiedliwości panuje wstrząs, jakiego partia nie widziała od ponad dekady. Kiedy w czwartek 23 lipca minął wyznaczony przez władze na Nowogrodzkiej 7-dniowy termin na podpisanie deklaracji o nieprzynależeniu do zewnętrznych stowarzyszeń, stało się jasne, że próba zdyscyplinowania posłów skończyła się fiaskiem.
Około 40 parlamentarzystów związanych z byłym premierem i stowarzyszeniem "Rozwój Plus" odmówiło podpisania "partyjnej lojalki". Oficjalny komunikat o rozłamie wygłosił sam Jarosław Kaczyński, a formalne zatwierdzenie usunięcia lub odejścia buntowników przez Komitet Polityczny oznacza, że klub PiS – liczący po wyborach 190 posłów – skurczy się z dnia na dzień o blisko jedną piątą. Jak relacjonował naTemat, PiS zostaje bez "drugiego płuca".
Od 83 milionów do finansowej suszy. Karuzela długów dopadła obóz Kaczyńskiego
Jednak polityczna wojna na szczycie przykrywa temat znacznie groźniejszy dla przetrwania formacji. Jak wynika z dokumentów przeanalizowanych przez dziennik "Fakt", finanse Prawa i Sprawiedliwości znajdują się w głębokim kryzysie, a odejście ludzi Morawieckiego może zepchnąć partię na krawędź płynności.
Prawdziwy rozmiar kłopotów widać w rocznych sprawozdaniach finansowych ugrupowania, które prześwietliła Justyna Węcek z "Faktu". Początkiem lawiny była decyzja Państwowej Komisji Wyborczej z 2024 roku, która odrzuciła sprawozdanie komitetu wyborczego PiS i nałożyła surowe kary za nieprawidłowości w kampanii, w efekcie czego partia straciła około 46 mln zł.
Skutki tego cięcia opisywaliśmy już wcześniej, gdy Karol Nawrocki rozbijał bank, a jego komitet wyborczy zebrał rekordową kwotę z prywatnych datków. PiS musiał zbierać, bo miał dziurę w kasie.
Porównanie bilansów z roku wyborczego (2024) oraz roku kolejnego (2025) pokazuje skalę zapaści:
Zobacz także
W rok przychody ugrupowania skurczyły się o 61,4 proc. Banki nie udzieliły partii ani złotówki nowych kredytów, a kroplówką trzymającą ugrupowanie przy życiu stała się pomniejszona subwencja z budżetu (13,4 mln zł) oraz darowizny od prywatnych sympatyków i członków (11,29 mln zł). Warto pamiętać, że subwencje bywały dla partii solidnym filarem – jeszcze po ostatnich wyborach najwięcej dały PiS, choć to Polska 2050 zyskała najbardziej.
Czystka w klubie zatka dopływ gotówki od samych posłów
I w tym momencie dochodzimy do punktu, w którym rozłam polityczny bezpośrednio uderza w partyjny portfel. Dwa lata temu, po pierwszych cięciach ze strony PKW, Jarosław Kaczyński wprowadził w ugrupowaniu sztywny, bezwzględny nakaz opodatkowania własnych działaczy. Wyznaczono stawki: każdy poseł i senator PiS musiał wpłacać na konto partii minimum 1000 zł miesięcznie, a każdy europoseł – minimum 5000 zł miesięcznie.
Wpłaty te miały łatać dziurę po odebranych dotacjach. Tymczasem odejście blisko 40 posłów skupionych wokół Mateusza Morawieckiego oznacza, że z partyjnego konta z dnia na dzień wyparuje co najmniej pół miliona złotych rocznie z samych tylko poselskich "składek". To zresztą nie pierwszy raz, gdy konto partii ratują prywatne przelewy – opisywaliśmy, jak przedstawiciele spółek Skarbu Państwa dofinansowywali PiS wysokimi kwotami, wpłacając łącznie ponad 5,5 mln zł.
Co więcej, jak wcześniej ujawniał "Fakt", na tle obowiązkowych darowizn wewnątrz PiS od miesięcy dochodziło do spięć. Wielu parlamentarzystów zalegało z wpłatami lub dokonywało ich nieregularnie. Frustracja rosła, a wymóg podpisania nowej "lojalki" dla wielu stał się pretekstem do ostatecznego zakręcenia kranika z prywatnymi pieniędzmi.
Co to oznacza dla Nowogrodzkiej?
Utrata 1/5 parlamentarzystów w momencie, gdy budżet partii skurczył się o ponad sześćdziesiąt proc., stawia władze PiS przed drastycznymi decyzjami. Prowadzenie ugrupowania opozycyjnego wymaga opłacania biur, sztabu analityków, agencji PR, prawników i organizowania kosztownych konwencji w terenie.
Dotychczasowa strategia polegająca na opieraniu budżetu na zbiórkach od zwolenników i drenażu kieszeni własnych posłów właśnie doszła do ściany. Sympatycy nie będą w nieskończoność utrzymywać aparatu partyjnego, a ubytek 40 poselskich pensji w składkowym bilansie będzie odczuwalny natychmiast.
Paradoksalnie sam Morawiecki także nie ma prostej drogi do zbudowania alternatywy – jak wyliczaliśmy, Morawiecki ma miliony, ale nie kupi sobie partii, bo przepisy stawiają przed nim mur.
Wygląda więc na to, że Jarosław Kaczyński, wyrzucając z partii środowisko byłego premiera, chciał pokazać twardą rękę i odzyskać pełną kontrolę nad ugrupowaniem. W rzeczywistości jednak wybił kolejny wyłom w kadłubie finansowym PiS – i to w chwili, gdy statek i tak brał już bardzo dużo wody.






